Elbing 1945 - Odnalezione wspomnienia

Tomasz Stężała

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna Bolesław Nieczuja-Ostrowski "Porucznicy 1939" Fragment piąty.

"Porucznicy 1939" Fragment piąty.

Podekscytowany zbliżającym się warkotem werbli i srebrzystymi dźwiękami trąbek, kolorowy tłum zaczął gęstnieć, blokując boczne uliczki Różana. Ten sam dźwięk przykuł uwagę Broniki, która trzymała za rękę Wandzię siedzącą na dentystycznym fotelu. Jeden z zębów został złamany w czasie bijatyki z rodzeństwem Fanslauów, co wywołało zrozumiały przestrach u młodej mamy. Co gorsza Bolek od ponad tygodnia wraz ze swoimi podchorążymi przebywał gdzieś na ćwiczeniach. Większość wojska z garnizonu w trybie alarmowym załadowała się na podstawione ciężarówki oraz podwody i w ciągu kilkudziesięciu minut wymaszerowała w stronę pobliskiej stacji kolejowej, wzbudzając zrozumiałe przerażenie. Rodziny oficerów, a dzięki nim i mieszkańcy miasteczka doskonale wiedzieli, że Prusacy stają się coraz bardziej bezczelni w swoich żądaniach,  więc naprawdę trzeba liczyć się z działaniami wojennymi. Lecz sprawa z Wandzią odciągnęła uporczywe myśli Broniki od realnego czy wyimaginowanego niebezpieczeństwa i kazała się zająć cierpiącym dzieckiem. Doktor Kozłowski dość długo zastanawiał się, co zrobić z kikutem ząbka czterolatki, aż wreszcie zdecydował, że ząb tylko zabezpieczy. Ostatni październikowy upał wlewał się przez otwarte okno gabinetu, wpuszczając doń głosy pobliskiego targowiska.

Odległy, prawie nieuchwytny dźwięk pierwsza wychwyciła Wandzia, która z opatrunkiem w ustach gwałtownie poderwała się na fotelu, przygryzając palce dentysty. Wyciągnięta rączka wskazała na otwarte okno, a usta bezskutecznie próbowały wykrzyczeć radosną wiadomość: „Tatuś wraca!”

 

Koń porucznika aż przysiadł ściągnięty cuglami, a kolumna kompani zachwiała się i znieruchomiała. Sierżant Morawski, choć nie widział ocienionej hełmem twarzy dowódcy, domyślił się, co za chwilę stanie się.

- Baaaczność!

Obolałe płuca oficera wypluły z siebie resztkę głosu.

Zmordowane, spragnione usta żołnierzy zastygły w dziwnych grymasach, a obolałe ramiona, przygniecione wielodniowym wysiłkiem, oporządzeniem i bronią oraz pokryte kurzem i błotem, z trudem prostowały się.

„Czego on, cholera jasna, jeszcze chce?”

- Panowie oficerowie!

Zdumieni  nie wierzą temu, co słyszą ich uszy. Zaledwie od niedawna byli podchorążymi…

- Wiem, ile wszyscy przeszliśmy. Nie oszczędzaliśmy was, ani nie oszczędzaliśmy siebie. Ale na tych ćwiczeniach, choć broń i sprzęt zawodziły, wy byliście twardzi.  Tam w miasteczku czekają na nas ludzie, rodziny wielu z nas. Wyszliśmy alarmem, wzbudzając strach. Ale musimy wejść z dumą na twarzach, aby przynieść mieszkańcom nową wiarę w armię i wiarę w nas samych. Macie więc pięć minut, aby doprowadzić siebie i oporządzenie do porządku i wejść do miasta jak na defiladzie. Wykonać!!!

Porucznik zeskoczył  z konia i wyjął manierkę. Cenna woda wylała się na dłoń, która podniosła ją do twarzy, obmywając kurz drogi. Pozostałą wodę na dłoni porucznik podał koniowi, który ciepłym ozorem zebrał ją do przepastnego żołądka.

Pozbawieni na chwilę plecaków podchorążowie i podoficerowie przecierali twarze i dłonie. Stare onuce pucowały zakurzone buty, pasy, karabiny. Porucznik Ostrowski z wysokości końskiego grzbietu widział inne kompanie, które tak jak i jego własna doprowadzały się do odpowiedniego stanu.  Od strony miasta zauważył zbliżający się poczet, któremu naprzeciw wyjechał major Fanslau. Krótka rozmowa i Karol podjechał do czołowej kompanii.

- Bolku, dzięki za inicjatywę. Przy rogatkach czeka na nas orkiestra, mamy wjechać z prawdziwą pompą. Ty będziesz prowadził, weź lancę z proporcem i dwóch podoficerów do asysty. Ruszajcie!

Dźwięki „Warszawianki” przeniknęły dreszczem rosnący tłum ludzi. Mieszczuchy, chłopi, Żydzi, rodziny wojskowych zamieszkujących Różan nad Narwią z oczekiwaniem wpatrywali się w zakręt drogi,  skąd narastała muzyka. Nagle  zza  zakrętu wyłoniła się grupa oficerów na koniach, którzy kłusem przejechali wzdłuż zaskoczonego szpaleru, po czym zatrzymali się w rynku i zwrócili frontem do narastającej muzyki.

„Będzie defilada!” - przebiegło wzdłuż tłumu. Pojawił się ksiądz w komży z kropidłem oraz miejski fotograf.

Wandzia, zapomniawszy o bólu, zaczęła przestępować nerwowo z nogi na nogę i tylko mocna dłoń mamy powstrzymała ją przed wybiegnięciem naprzeciw maszerującym. [foto]

 

 

Trzech jeźdźców kłusem wjechało na ulicę, a JEJ tatuś trzymał rozwinięty proporzec, jadąc w środku. Zaskoczone dziecko otworzyło szeroko usta, nie wiedząc czy patrzeć na ojca, czy na zbliżającą się  orkiestrę, za którą z ciężkim stukotem trzewików czwórkami zbliżała się piechota. Mama podniosła  Wandzię do góry. Teraz mała widziała, jak zbliżający się szyk tężał, a wojskowe buty zaczęły wybijać defiladowym krokiem potężny rytm. Twarze zdradzały krańcowe zmęczenie, ale też jakąś promienną dumę. Ktoś podbiegł do maszerujących, jakieś kwiaty, jakieś owoce wciśnięto pomiędzy broń, oporządzenie i spocone mundury. Nagły okrzyk przerażenia odwrócił uwagę zachwyconej Wandzi od maszerujących. Spłoszony koń, którego dosiadał jej tatuś, zaczął tańczyć! Przestraszone dziecko schowało głowę w ramionach mamy, która odetchnęła z ulgą, widząc, że sprawne ruchy jeźdźca opanowały sytuację. Kolejne pododdziały z łoskotem przeciągały przez miasteczko, które znowu poczuło, że wraca doń życie.

„Mamy takich obrońców, więc nic nam nie grozi. Nie damy sobie odebrać nawet guzika!”

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 30 gości 

Site Language


Strona główna Bolesław Nieczuja-Ostrowski "Porucznicy 1939" Fragment piąty.