Elbing 1945 - Odnalezione wspomnienia

Tomasz Stężała

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna W paru słowach... W paru słowach... Jakub Pawełek.

W paru słowach... Jakub Pawełek.

Proszę się krótko przedstawić.

Cześć, jestem Kuba, lubię dobre horrory.

Jak na młodego autora wykazuje się Pan szeroką znajomością tematyki.  Skąd te zainteresowania i dlaczego w Pańskich powieściach właśnie tamte regiony są kluczowe?

Nie byłoby oszustwem, gdybym powiedział, że wojskowością interesuję się od bycia berbeciem. Chociaż do dzisiaj nie mogę darować, że jak byłem w gimnazjum na koloniach, to rodzice oddali moje żołnierzyki koledze z piętra niżej. Kiedy zacząłem interesować się tematem na poważnie, szybko znudziły mi się sztywne, pozbawione emocji teksty specjalistyczne (choć to wciąż najlepsze źródło informacji). Ten sam ojciec, który oddał moje zabawki poczuł się chyba w obowiązku i kupił mi „Czerwony sztorm” Clancy’ego. Od niego wszystko się zaczęło. Kiedy stwierdziłem, że też spróbuję, postanowiłem nie powielać schematów. Świat jest pełen miejsc zapalnych, których literatura gatunku jeszcze nie dotknęła, lub ja do nich nie dotarłem. Chciałem napisać coś świeżego, czego jeszcze w rodzimym political fiction nie było.

 

Nie jest panu obca nowoczesna technika wojskowa.  W armii pan nie służy, a zatem skąd płynie ta wiedza? Może kontakty z wojskiem? Literatura? Film?

Żeby móc opisać działanie jakiegoś mechanizmu, to trzeba wiedzieć jak on działa. Zanim podjąłem się prób napisania Wschodniego gromu przebrnąłem przez setki postów na polskich, angielskich i rosyjskich forach o tematyce militarnej. Spędziłem godziny w Empiku na czytaniu Nowej Techniki Wojskowej (tak, byłem jednym z tych „klientów”, którzy sporo czytali w salonach). Poza tym, bez pomocy kilku życzliwych mi osób, prawdopodobnie nigdy nie poznałbym bardzo, ale to bardzo szczegółowych mechanizmów działania elektroniki, zasad walki powietrznej czy pancernej. Dzisiaj chylę im czoła, bez nich nie podjąłbym się pisania kolejnych książek.

W serii o Przymierzu pisze Pan o bliskich relacjach Polski z Rosją i Litwą, czyli krajami, które wobec nas przejawiają bardziej lub mniej skrywaną wrogość. Skąd takie sympatie? Nie boi się Pan bycia posądzonym o rusofilię?

Spotkałem się już z opiniami, że jestem rosyjskim trollem albo finansuje mnie FSB. Niestety mam zdecydowanie bardziej prozaiczne życie zawodowe. Klepie w klawiaturę w korpo – nie jest to ekscytujące. Tak całkiem na poważnie, chciałem po prostu pokazać, że możemy spróbować inaczej. Że może przyjść taki moment, w którym niezależne od nas wydarzenia pchną nas do działań o jakie nigdy byśmy się nie posądzali. Chińska inwazja na Rosję, mogłaby być jednym z nich.

Z drugiej strony widać pana niechętny stosunek do Zachodniej Europy i USA.  Na pewno okres fascynacji zachodnimi partnerami dawno się skończył i społeczeństwo (może poza częścią polityków) jest zawiedzione brakiem solidarności z „Nową Unią”, ale w Pana powieściach widać wrogie działania naszych partnerów względem Centralnej Europy. Skąd taki osąd rzeczywistości?

Ta niechęć, jak to Pan nazwał została specjalnie podkolorowana na rzecz powieści. Jeśli rozmawiamy o mnie, osobiście, nazwałbym to uczucie bardziej zawodem lub rozczarowaniem. Pamiętam, choć wtedy nie rozumiałem jeszcze konsekwencji, jak wstępowaliśmy do NATO. Potem przyszedł czas na Unię Europejską i wielkie marzenia o silnej gospodarce i ugruntowanej pozycji na arenie międzynarodowej. Kolejne lata przyniosły większą świadomość i rozumienie pewnych mechanizmów, działań. Zdaje sobie sprawę, że w dużej mierze sami rozmontowaliśmy sobie szanse i możliwości, a Unia Europejska mogła tylko załamywać ręce. Myślę, że w moim przypadku, kumulacja niefortunnych dla Polski działań przelała czarę goryczy. Może to swoisty wyraz buntu? Fantazja na temat tego, w jaki sposób, poprzez jakie działania moglibyśmy się stać liczącym się krajem? Stąd właśnie daleki jestem od niechęci do naszych zachodnich sąsiadów i zdecydowanie wolę zaproponowane przeze mnie określenie.

W krótkim czasie wydał Pan już trzy „tłuste” pozycje i wyrabia sobie zasłużoną markę. Jak wyglądały Pańskie początki romansu z literaturą?

Tak pierwszym, całkiem pierwszym tekstem jaki napisałem od początku do końca było opowiadanie w „uniwersum” serii gier Silent Hill. Opisałem w nim oddział radzieckich żołnierzy, którzy trafiają do sennego, zamglonego i wyludnionego miasteczka na kilka dni przed zdobyciem Berlina. Pierwszym czytelnikiem był ojciec, jako że czytał wiele książek i szczerością zrujnował moją karierę w zespole rockowym uznałem, że będzie dobrym recenzentem. Podobało się no i potem już poszło, pisałem coraz częściej, coraz więcej i ponoć coraz składniej. Wtedy, pewnego dnia wpadł mi w ręce Pan Ciszewski i zakochałem się w WarBooku.

A jak wygląda warsztat literacki? Myślę, że musi Pan codziennie napisać z kilkanaście stron…

Moje pisanie jest raczej „napadowe”, z tym, że te napady mogą trwać po kilka miesięcy. Zwykle jest tak, że staram się pisać codziennie, przynajmniej kilka stron. Naturalnie zawczasu mam przygotowaną całą fabułę, krok po kroku, fragment po fragmencie. Potem siadam i opisuję kolejne sceny. Naturalnie trafi się okres, w którym choćbym się nie wiem jak zmuszał, to po ośmiu godzinach wciąż mam zapisaną jedną stronę. Ale to się na szczęście często nie zdarza. Choć miewam przerwy i po kilka tygodni.

Domyślam się, że kolejna książka jest już w WarBooku lub jest na ukończeniu. Przenosimy się ponownie do Azji, z tym, że znacznie bardziej na południe…

Tutaj muszę przyznać, że na kolejnego WarBooka mojego autorstwa przyjdzie Czytelnikom poczekać jeszcze przynajmniej kilka miesięcy. Jest już nieco po premierze "Kaukaskiego płomienia" i otrzymałem kilka sygnałów, które mnie jako autora powinny zaniepokoić. Jeśli ktoś pisze lub mówi, że fabuła zaczyna być schematyczna, a akcja i bohaterowie niemrawi, to wiedz że coś się dzieje. W porozumieniu z Wydawcą uznaliśmy, że dzięki nieco wydłużonemu okresowi przygotowań, będę mógł dostarczyć Czytelnikowi książkę jak najlepszą. Nigdy nie mogę zapomnieć o tym, że piszę dla Czytelnika, to on jest cenzorem, bohaterem i głównym odbiorcą moich powieści. Moim obowiązkiem jest to, żeby godziny spędzone nad kartami moich książek nigdy nie powodowały myśli, że mógł nie wydawać tych pieniędzy na kiepską rozrywkę. Poza tym, lubię jak coś jest zrobione dobrze, a jeśli ma być zrobione dobrze, to potrzebna czasu. WarBook to rozumie, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny. Co do miejsca akcji kolejnej powieści, to tak, Epilog Kaukaskiego płomienia to spoiler. Jon Snow nie żyje.

Jak układa się współpraca z Wydawcą?

Sławek Brudny to przy moich byłych szefach w korporacji anioł stróż. Dzięki niemu wszedłem w świat literatury, pozwolił mi jakby nie patrzeć, spełnić marzenia. Dla raczkującego pisarza, nie mógłbym wskazać lepszego przewodnika. Mam nadzieję, że nasze drogi jeszcze bardzo długi czas będą biegły w tym samym kierunku.

Czy planuje Pan zmienić typ literatury? Jakie są Pańskie marzenia związane z pisaniem?

Niezła próba. Choć rozmawialiśmy z WarBookiem na temat pewnego eksperymentu gatunkowego. Kto wie, być może za jakiś czas pojawią się informacje o nieco innej książce mojego autorstwa. Jak tylko będę upoważniony, żeby wypuścić kontrolowany przeciek, wszyscy zostaniecie poinformowani. Moje marzenia, tutaj wyobaźnią zaczyna wchodzić na wyższe obroty. Przede wszystkim, chciałbym żeby każda moja powieść była lepsza, bardziej realistyczna, żeby przyciągała nowych czytelników. Nic tak nie cieszy autora, jak to, że jego postaci zaczynają żyć w świadomości Czytelnika. No i chciałbym rozstać się kiedyś z korporacjami, tak na Amen. Ale z Wami, Czytelnicy, nie zamierzam się rozstawać nigdy.


 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 85 gości 

Site Language


Strona główna W paru słowach... W paru słowach... Jakub Pawełek.