Elbing 1945 - Odnalezione wspomnienia

Tomasz Stężała

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna W paru słowach... W paru słowach... Marko Szapkarow Orłowski.

W paru słowach... Marko Szapkarow Orłowski.

Proszę się krótko przedstawić:

Nazywam się Marko Szapkarow – Orłowski. Imię i pierwsze nazwisko macedońskie, bo też takie są moje korzenie. Ale dla uproszczenia wydaję książki pod nazwiskiem Marek Orłowski.

 

Czy pisanie o historii ma obecnie większy sens?

Zgłębianie tajników historii, pisanie o niej zawsze miało sens, choć obecnie nie jest to zbyt modne. Spotykam się z brakiem zainteresowania historią wśród młodych ludzi,  którzy chcą żyć „tu i teraz”, zaś zakurzone karty przeszłości odkładają do lamusa. Trudno jednak zrozumieć teraźniejszość nie znając przeszłości, ma ona też bezpośredni wpływ na naszą przyszłość. Historia to nie tylko opowieść o tym, co minęło. To klucz do zrozumienia nas samych i nierzadko okienko do spojrzenia w czas, który jeszcze się nie narodził. Nie na darmo mówi się, że historia jest nauczycielką życia. Co prawda mówi się też, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła – ale to już wina uczących się.

Dla ścisłości – nie piszę książek stricte historycznych. To tylko tło, kanwa dla przygód głównego bohatera. Choć dbam o rzetelność przedstawienia problematyki minionego czasu, uprzedzam, że prawda miesza tu się dość swobodnie z fikcją. Moim  celem było napisanie powieści, które będą przede wszystkim bawić, nie zaś uczyć. Zresztą Anatol France napisał, że „wszystkie książki historyczne, która nie zawierają kłamstw, są krańcowo nudne”

 

Pańska droga do pisania jest wynikiem nagłego impulsu czy wcześniej pielęgnowanym pragnieniem?

Chyba od zawsze, gdzieś w zakamarkach mojej świadomości dojrzewało

takie marzenie. Bardzo cichutko i nieśmiało. Ale nie myślałem o tym poważnie. Nie było na to czasu, okazji, wiary w powodzenie takiego przedsięwzięcia. Aż zdarzyło się, że po ciężkim wypadku zostałem na długie miesiące przykuty do szpitalnego łóżka. Barwne życie „na wysokich obrotach” nagle dramatycznie zwolniło biegu. Pewnego dnia wziąłem do ręki pióro i kartkę papieru – i napisałem pierwsze zdanie. Potem drugie. I tak się zaczęło. Przypadek? Przeznaczenie? Nie wiem.

 

Kim jest Pański bohater? Czy przypomina Pana w jakiś sposób?

Roland z Montfferatu, Czarny Rycerz? Jego pierwowzór to m.in. postać z „Pieśni o zdobywcy słońca” L.Staffa.  „Miał czarną zbroję, czarny koń skry pod nim z chrap rozsiewał…”A kim jest, czy kim miał być? Często spotykam się z tym pytaniem. Średniowieczny rycerz, hołdujący zasadom epoki, ale przecież myślący  jak człowiek z XXI wieku. To nieuniknione – jego twórca żyje przecież współcześnie. Ale zgłębianie literatury z tamtego okresu uświadamia nam prosty fakt, że mentalność dwunastowiecznych ludzi aż tak bardzo się od naszej nie różni. Mamy tylko nowocześniejszą technologię. Po prostu, zmieniają się obyczaje, prawa, wierzenia, ale nie ludzka natura. Chciałem o tym przypomnieć, choć postać Czarnego Rycerza miała przede wszystkim wskrzesić zapomniane dziś pojęcia: honoru, prawości, poświęcenia, odwagi. Nie wiem, na ile mi się to udało – niektórzy czytelnicy zarzucają Rolandowi z Montferratu zbytnią nomen omen „rycerskość”. Ale historia, no właśnie, historia, uczy że w takie ideały kiedyś wierzono – i istnieli ludzie, którzy próbowali je realizować. Rozumiem, że ktoś zacytuje w tym miejscu Krasickiego i powie: „ – A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! Prawda, jednakże ja to między bajki włożę!”

Ja też opowieść o Czarnym Rycerzu włożyłem między bajki, co nie znaczy, że nie wierzę w wartości wyznawane przez mojego bohatera. Owszem, wierzę. Pyta Pan, czy jestem do niego podobny? Trudno dokładnie określić na ile, ale tak,  jestem, czy tylko chciałbym być…

Ale chyba tak już jest, że tworząc jakąś postać siłą rzeczy obdarzamy ją własnymi cechami, łatwiej się z nią wtedy identyfikować, kreować jej postępowanie. No i przygody, które przeżywa bohater są poniekąd naszymi. Przynajmniej ja tak piszę. A jeśli już o tym mowa, to wiele przeżyć Rolanda jest tak naprawdę, w zmodyfikowanej oczywiście formie, zaczerpniętych z mojego życiorysu. Nie, nie walczyłem w średniowiecznej bitwie. Ale przeżyłem wiele wspaniałych, a czasem groźnych chwil w górach, na morzu, nawet na pustyni. Upadek Rolanda razem z koniem opisany w II tomie jest wierną relacją z jednej z moich przygód.

 

Pańskie książki znalazły już wielu czytelników i uznanie krytyki. Czy zamierza Pan kontynuować ten rodzaj literackiej twórczości, czy myśli o czymś innym?

Pochlebia mi Pan. Proszę pamiętać, że wciąż jestem debiutantem, mój dorobek autorski jest bardzo skromny, no i wciąż się uczę, poszukuję nowych dróg. Nadal z pewnym niedowierzaniem przyjmuję fakt, że ktoś chce moje książki wydawać – no i ktoś chce je czytać!

Mam kilka pomysłów na następne książki, na razie w tej samej konwencji powieści przygodowo historycznych, choć wydawca namawia mnie do napisania poważnej pozycji o czasach wojen krzyżowych. Kto wie, może się skuszę. Na razie dobrze się bawię w towarzystwie Czarnego Rycerza.

 

Nad czym obecnie Pan pracuje?

Nad redakcją III tomu „Samotnego krzyżowca”. Zacząłem wprawdzie pisać tom IV, ostatni z cyklu, ale będzie musiał poczekać.

Jak wygląda Pańska praca nad książką? Co sprawia panu w czasie pisania najwięcej trudności a co jest najprzyjemniejsze?

Nie wiem, jak radzą sobie inni autorzy, zdaje się że każdy ma swój system. Ale ja go nie mam. Po prostu przychodzi mi do głowy pomysł na następną scenę, nie koniecznie w chronologicznym porządku. Opisuję po prostu to, co w pewnym sensie widzę. I tyle. Często akcja rozwija się sama, postacie z książki biorą mnie za rękę i prowadzą nie zawsze tam, gdzie zamierzałem dojść. Ale na tym polega przygoda!

Ktoś mnie kiedyś zapytał: jak się pisze książkę? Odpowiedziałem trochę bez namysłu, za to szczerze: nie wiem. Książka pisze się sama, moim zadaniem jest tylko pilnować, by była w miarę dobrze napisana. Niech to nie zabrzmi zarozumiale, czy dziwnie, ale tak jest w moim  przypadku.

Gdyby mógł Pan coś zmienić w pracy z Wydawcą....?

Oho! Podchwytliwe pytanie. Zważywszy na to, że ślęczę nad poprawkami redaktorskimi do III tomu, co nie jest przygodą, a żmudną pracą, często bardzo stresującą, odpowiedziałbym półżartem,  że zmieniłbym redaktora.

Czy ma Pan pomysł na zwiększenie czytelnictwa książki historycznej?

Staram się zachować wizerunek człowieka skromnego, ale jednak odpowiem, że właśnie to staram się czynić. Przedstawić historyczne wydarzenia jako tło dla przygód bohaterów należących do danej epoki. Jeśli wzbudzą sympatię czytelnika, to może część tego zainteresowania przeniesie on na czasy, w których żyli? Innego pomysłu na razie nie mam, po za być może, zlikwidowaniem nauki historii w szkole. Zazwyczaj jedyne, co uczniowie wynoszą z tej przymusowej edukacji, to niechęć do przedmiotu.

Jak wyglądają kontakty z czytelnikami?

Bardzo sympatycznie. Książka spotkała się z ciepłym przyjęciem, co dla mnie jest i nagrodą za włożoną w nią pracę i wielką zachętą do dalszego pisania. Czytam oczywiście recenzje w Internecie, ale staram się też dotrzeć do żywych, nie tylko wirtualnych czytelników. Zadaję im wtedy sakramentalne pytanie: co ci się w mojej książce NIE podobało? Odpowiedzi są różne, często zaskakujące. Zakładam, że szczere…

Chciałbym w tym miejscu podziękować bardzo gorąco moim „służbowym „ czytelnikom, znajomym, przyjaciołom, także wydawcy, którzy są przeze mnie maltretowani fragmentami tekstu in statunascendi. Możliwość konsultacji w trakcie pisania jest bezcenna – po wydrukowaniu książki można tylko się gryźć, że coś trzeba było napisać inaczej. Ale staram się nie rozpaczać nad potknięciami, uczę się na błędach, a przynajmniej staram się uczyć. Jak już wspomniałem, pisanie to przygoda, możliwość kreowania rzeczywistości, której nie ma, ale która mogłaby przecież zaistnieć. I choć mój bohater jest postacią fikcyjną, dla mnie stał się niemal realnym towarzyszem na szlaku przygody. Czasem wydaje mi się, że lada chwila wyjedzie zza najbliższego zakrętu. Prawie słyszę tętent kopyt jego karego konia…

 

Komentarze  

 
0 #1 Ollena 2016-07-01 11:02
A już nie"żółwie moje hobby"?
Zacytuj
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Strona główna W paru słowach... W paru słowach... Marko Szapkarow Orłowski.