VT iRepair - шаблон joomla Авто

Pamiętam, że obudził mnie nerwowy niepokój. Zegar na ścianie przeciwnej do mojego łóżka wskazywał równo 0.00, a jego cyfry płonęły złowieszczą czerwienią. Hm, w każdym bądź razie tak mi się wydawało.

Nim świadomość miejsca i ciała na dobre zaczęła powracać, zamknąłem zmęczone chorobą oczy, a pod powiekami pojawiło się ogniste spojrzenie diabła. Teraz nie wiem, dlaczego tak pomyślałem, ale wtedy byłem w pełni tego świadomy. To tradycyjne, chrześcijańskie, szwedzkie wychowanie tak musiało zadziałać. I dobrze, bo bez tego nie spotkałbym anioła.

Jedna z połówek mojego mózgu, wyraźnie przestraszona, uchyliła nieco powieki, aby zniknął obraz diabelskich oczu, ale nie na tyle, żeby realna postać, która przecież mogła do tak zatwardziałego grzesznika jak ja przyjść, pojawiła się na jawie. „Ale chytra sztuczka” – kontentowała owa połówka mego umysłu, kiedy na dłoni poczułem tak gorący dotyk, że aż osłabione serce prawie stanęło. Dziw, że w dyżurce żadna z pielęgniarek nie zareagowała na zmianę zapisu EKG. Może zresztą spały, uszczęśliwione wypłatą otrzymaną z naszych krwawo wydartych podatków.

Oko - to z lewej strony - od strony dotyku zrobiło wysiłek i ruszyło się, gdyż wrodzona ciekawość zaczęła walkę z paraliżującym strachem. W rozmazanym łzami obrazie, w plamie światła rzucanego przez sodowe lampy płonące na korytarzu, a wpuszczanego przez uchylone drzwi, dostrzegłem zarys anioła. Anioła śmierci, który zawisł jakoś między moim łóżkiem i szpitalnym oknem przesiewającym księżycowy blask.

- „Jeszu, ochroń mnie, nie chczem jeszcze umierać!” – Wyszeptałem wewnętrznie modlitwę, a raczej prośbę, ale Jezus chyba pamiętał, że byłem dość leniwym wyznawcą Szwedzkiego Kościoła Narodowego i także się nie śpieszył z ratunkiem. Wspomnienie diabelskich oczu podniosło poziom strachu w moim spetryfikowanym, bezładnym ciele wyciągniętym na szpitalnym łóżku i podłączonym do iluś tam rurek oraz aparatów. Przez chwilę trwałem w owym chytrym stanie letargu, co to ani nie jest życiem ani śmiercią. Anioł nadal trzymał swoją dłoń na mej ręce parząc ją swoim zimnem. Bo mimo, iż odczuwałem wyraźne gorąco, to przecież anioł śmierci musi mieć dłonie lodowate. Ta pracująca połówka mózgu przyniosła mi wspomnienie z dzieciństwa, kiedy to z kolegami ze szkoły rozważaliśmy przypadek pewnego głupka, który przyłożył język do zamarzniętego słupa na przystanku autobusowym, aż ten mu przymarzł. Całe szczęście, że jakaś kobieta przechodziła z butelką ciepłego mleka i polała nią przymarznięty ozór, uwalniając owego eksperymentatora od siedmiu boleści. To nieszczęście nie było takie złe, bo potem chłopak, którego imienia już nie pomnę, przez kilka tygodni nie musiał chodzić do szkoły. A jak przyszedł, to otoczony wianuszkiem słuchaczy opowiadał, że mimo mrozu czuł potworne gorąco. I tak było teraz ze mną!

Coś trzeba było zrobić, bo anioł śmierci wcale nie znikał, ale z drugiej strony też nie przejawiał żadnej inicjatywy, aby mnie stąd zabrać.

- „Ciekawe czy będzie bolało? Wzniesiemy się i odpłyniemy, czy może jakaś potworna siła poszarpie moją brudną i skarlałą duszę?”

Mimo tylu lat życia w socjalistycznej Szwecji nadal gdzieś tam wstydliwie chowana kryła się moja wiara, wbijana mi uporczliwie przez rodziców i pastora. No więc, postarałem się jak najwolniej uchylić powiekę, aby poszerzyć krąg widzenia i jednocześnie skierowałem załzawione oko w stronę ciepła. Anioł miał srebrzystą aureolę! Naprawdę! Ponowna fala strachu zalała mnie wywołując poruszenie wysuszonej grdyki.

- Panie Hanssen!

Anioł wyszeptał moje nazwisko i zamilkł. Głos nie był straszny, a raczej ciepły i współczujący. Poziom strachu ponownie obniżył się, więc oko moje wyruszyło na spotkanie srebrzystej postaci. W słabym świetle udało mi się wypatrzeć długie, proste włosy okalające głowę, która jakby rozglądała się na boki... Pojawił się zarys nosa, dość ostry i długi, ale w sumie przyjemny. Anioł śmierci wyglądał bardziej na anielicę. Kolejna połówka mózgu wezwana na pomoc zaczęła przywoływać obrazki aniołów z albumów malarskich i tych paru katolickich kościołów, które w swoim życiu zwiedziłem. W zasadzie to anioły chyba nie mają płci, chociaż jest przecież Archanioł Michał i Gabryel. To może i są jednak anielice?

Dotyk anioła jakby zelżał, widocznie poprawiał się na niezbyt wygodnym krzesełku. Wciąż z rozmemłaną większością mózgu nie zwróciłem wtedy uwagi, że przecież anioły nie powinny siadać na krzesłach. No chyba, że w amerykańskich serialach, które tak namiętnie oglądają niektórzy z moich znajomych. Ciekawość pobudziła me zmartwiałe ciało do działania.

- Fody! – Wyszeptałem, a anioł natychmiast zareagował na słaby jęk wydobywający się z moich wyschniętych ust i schylił się ku mnie. Nagle uzmysłowiłem sobie, że mój śmierdzący oddech za chwilę porazi anioła i idylla się skończy.

- Włody! – Powtórzyłem wkładając więcej wysiłku w swoją wypowiedź i natychmiast odrzuciłem myśl o kieliszku wódki, który postawiłby mnie na nogi, a przynajmniej rozbudził do końca. Bo sam nie byłem pewien, czy chciałem wody czy wódy. Ta myśl nie dostąpiła zaszczytu dalszej analizy, gdyż postanowiłem postarać się, aby nie cały mózg budził się, bo ów stan częściowego letargu wydawał mi się w miarę bezpieczny i komfortowy.

Anioł uniósł się w powietrzu, a ciekawość rozsunęła szerzej powiekę pozwalając dostrzec blond włosy i pięknie zaokrąglone biodra, choć zdecydowanie zbyt obszerne w stosunku do nieźle wciętej talii. Anioł miał na sobie obcisłą bluzeczkę w trudnym do określenia kolorze, a na biodrach okrytych chyba jeansami spoczywał dość tandetny, za to nabijany świecidełkami pasek. Anioł już wracał od zlewu z plastikowym kubeczkiem wypełnionym zimną wodą, w której wyraźnie wyczuwało się jakiś odkażalnik. Istota pochyliła się nade mną i przytknęła mi do ust kubeczek, którego chłodna zawartość zaczęła ożywiać moje wypieczone wnętrze. Ponownie przymknięte oko stanęło jednak na wysokości zadania, pozwalając tej obudzonej części mózgu dostrzec zarys, w zasadzie cień tylko dwóch niezbyt dużych, choć kształtnych cycuszków. Anioł rozsiewał wokół siebie przyjemny, choć chyba dość powszechny zapach sportowego dezodorantu, jakie to czuje się często w sklepach i autobusach.

- Panie Hanssen, słyszy mnie pan?

Głos anioła był wyraźnie zatroskany, więc szybko wykalkulowałem sobie, że dalsze udawanie śpiączki nie ma sensu. Łypnąłem okiem na anioła oczekując dalszego ciągu. Może anioł śmierci nie chciał mnie przestraszyć i to, co pokazują w horrorach tak naprawdę jest przyjemnym przejściem do wieczności. Chyba rację miał stary pastor, który tyle mówił o Bożym miłosierdziu i że życie pozagrobowe jest odpoczynkiem od tego padołu.

- Bo wie pan, jak mi siostra powiedziała, że pan jest tu, w szpitalu, w Karlskronie, to aż nie mogłam uwierzyć i całe dzieciństwo stanęło mi przed oczyma. I ten okropny niebieski miś i….

Syknąłem z dwóch powodów. Anioł chyba zbyt podekscytował się moim powrotem do świadomości i ucisnął miejsce, które było mocno pokłute. A po drugie i chyba ważniejsze: „Okropny niebieski miś”, to książka przeznaczona dla dorosłych, a nie dla aniołów. Ten idylliczny obraz anioła śmierci zaczął nagle pod wpływem bólu ustępować. Od kiedy anioły czytają podrzędną literaturę wydaną sumptem autora i opluwaną przez krytykę za brak otwartości na postęp? Coś tu wyraźnie nie grało!

- Panie Hanssen, niech mi pan opowie o motylach w brzuchu! Przecież pan tak pięknie pisze o miłości...

Zdecydowanie, to nie mógł być anioł śmierci. Do coraz bardziej wybudzającego się mózgu dotarła przerażająca myśl, że to może nie być anioł, nawet zupełnie podrzędne anielątko. Walcząca z tą natrętną myślą głowa zaczęła się miarowo kołysać na wysoko uniesionej, twardej poduszce, co ewidentnie przykuło uwagę owej tajemniczej istoty. Otwierające się drugie oko pozwoliło mi dostrzec pochyloną twarz z dość szerokim uśmiechem śnieżnobiałych równych zębów, ciemną od słońca skandynawską skórę i proste, opadające na owe rozcięcie w bluzeczce blond włosy. Ta istota była bardzo młoda i chociaż mogła się pojawić w sennym marzeniu starego mężczyzny, to ja ewidentnie już nie spałem.

- Kim jesteś? – udało mi się wydobyć z siebie coś na kształt szeptu i ponownie pomyślałem o niemytych od kilku dni zębach. Istota nie zdążyła zareagować, bo mój sąsiad z sąsiedniego łóżka, gruby związkowiec z dosztukowanym do ucha wielkim nowoczesnym telefonem ciężko uniósł się na łóżku, po czym rzuciwszy wokół nieprzytomnym z przeżarcia wzrokiem, odwrócił się do nas plecami i wypuścił z siebie długie a huczące pierdnięcie.

Oboje z istotą zamarliśmy. Piszę oboje, jako że jakaś tajna więź zaczęła się między nami tworzyć, do której przecież nikt inny, a zwłaszcza komunizujący związkowiec nie mógł być dopuszczony. Sapnięcie i lekkie chrapanie dało nam znać, że można już mówić. Pomyślałem sobie, że ten smród, który jakoś wypełzł spod kołdry grubasa jest w stanie zamaskować mój niezbyt miły zapach i nie wypłoszy owego miłego zjawiska, które wybudziło mnie ze stanu mojej poważnej słabości.

- Jestem Lena! – oświadczyła poufałym szeptem W taki sposób, który nie dopuszczał nawet minimalnego prawdopodobieństwa, że mógłbym jej nie znać. W słabym świetle istota nazywająca się Leną uważnie obserwowała moje fruwające powieki i chyba wyraz zaskoczenia, który mógł się na twarzy pojawić.

- Moja siostra pracuje tu na oddziale jako pielęgniarka i niedawno powiedziała mi, że przywieźli do nich na oddział pacjenta, który nazywa się tak jak autor mojej ulubionej książki z dzieciństwa. Opisała mi pana, a opis trochę pasował do zdjęcia, które było na drugim wydaniu „Okropnego niebieskiego misia”. Siostra powiedziała mi, że jest pan ciężko chory i może pan nie przeżyć, więc postanowiłam przyjść w nocy, zaraz po pracy, bo dorabiam jako kelnerka w klubie. I chyba dobrze, że mi powiedziała o panu, bo faktycznie nie wygląda pan najlepiej… .

Na takie dictum zapadłem się głębiej w głąb mojej zapadniętej klatki piersiowej. Wiedziałem, że skoro tu leżę, to nie jest ze mną zbyt dobrze, ale przecież nikt nie lubi, gdy mu się wprost mówi jak nędzny jest jego stan oraz widoki na przyszłość. To wszystko zachwiało moją pewnością siebie, którą uzyskałem, gdy po raz pierwszy wydałem własną książkę, oczywiście poza Szwecją, by uniknąć bandyckich podatków. Coś jednak trzeba było rzec:

- Hrr - to nie było dokładnie to, co chciałem powiedzieć, ale jak już wspomniałem, zarówno mój system głosowy jak i pomyślunek były aktualnie zdecydowanie niedofinansowane. Ale reakcja była dużo ciekawsza niż można było przewidzieć. Istota nazywająca się Leną i chyba jednak niebędąca żadną formą wyższego bytu ponownie pochyliła się, by wysłuchać mej wypowiedzi, a moje w pełni rozbudzone oczy znów mogły obejrzeć spore fragment ciekawego krajobrazu. Choć po prawdzie, to głównie zadziałała wyobraźnia, która wlała w moje osłabione naczynia sporo hormonów, aż poczułem dziwny ruch pod kołderką. Moja jaźń stanęła na rozdrożu: na pewno należało coś powiedzieć do właścicielki tych kształtnych elementów aby podtrzymać konwersację, a z drugiej musiałem uspokoić swoje fantazje, które rozwijały się jak nowotwór, opanowując te prymitywniejsze kawałki mojego mózgu. Dziewczę odchyliło się nieco do tyłu dając mi więcej miejsca na nabranie tchu i błyskawiczne dokończenie wewnętrznego meczu. W zasadzie to te wyższe części mózgu wygrały w nieczysty sposób, gdyż osłabiony organizm nie był w stanie podtrzymać dolnej rewolucji, która jak się szybko zaczęła, tak się szybko zakończyła. Ukontentowany tym faktem zacząłem przyglądać się w mrocznym świetle dość sympatycznej i naiwnej twarzy, która okraszona była tłustym makijażem, jakie nakładają na siebie niewiasty niepewne swej wartości, a chcące coś sobą zamanifestować.

- Nie mogą dziś z tobą mówić! - wyszumiałem wreszcie jakieś zrozumiałe zdanie i w zachwycie dla własnej elokwencji zapadłem w ciężkie milczenie.

- Ach wiem, jest pan przecież taki chory. Ojej, a ja nie pomyślałam, że przecież pana męczę, że pan tu…. Słowo „umiera” na szczęście nie przecisnęło się przez gardło niedoszłej anielicy i tylko skrzydła wydłużonych rzęs przez chwilę wachlowały powietrze wokół nas. Jej prostacka niewinność poruszyła jakąś dawno nieużywaną strunę w moim uczuciowym fortepianie, która swym piskliwym brzmieniem przypomniała odległe obrazy młodzieńczych uniesień.

-„Bierz ją, bierz ją!” - ten imperatyw kategoryczny rozległ się w moim w pełni już rozbudzonym mózgu. Olśniony pojąłem, że jest to ostatnia szansa na dokonanie czegoś dobrego w moim w sumie nieciekawym życiu i nie wolno mi zerwać kontaktu z ową Leną. Zacząłem czuć rosnącą energię, której ukryte rezerwy gdzieś się odnalazły i zdobyłem się nawet na lekkie uniesienie głowy.

- To co chciałabyś wiedzieć? - powiedziałem tak głośnym szeptem, że aż gruby związkowiec sapnął coś przez sen w odpowiedzi.

- Żeby mi pan opowiedział... no... właśnie skąd się biorą te motyle w brzuchu i jak je poczuć. Bo wie pan - pochyliła się całą swoją ufającą niewinnością - chciałabym coś takiego przeżyć jak to pan opisał. No, nie z chłopakami, bo oni to od razu, no wie pan, ale tak powoli, tak pięknie.

Te niesłyszane nigdy wcześniej słowa płynące z ust anielskiej czytelniczki mojego literackiego bohomazu, którego przez wiele lat nawet się wstydziłem, wycisnęły resztkę soków witalnych z mojego chorego ciała. Dałem radę jedynie lekko skinąć głową, która potem mocniej wbiła się antyalergiczną poduszkę.

- Czy mogę jutro znowu przyjść po pracy? Postara się pan poczuć lepiej? To dziękuję! - raz jeszcze ścisnęła moją posiniaczoną od nakłuć rękę i jak nocna mgła oddaliła się. Moje zmęczone oczy przyciągnęły płonące cyfry na elektronicznym wyświetlaczu, ale nie dałem rady ich odczytać, bo wyprany z glukozy mózg połówka za połówką zaczął zasypiać. „Obym dał radę tylko dożyć do następnej nocy!” - westchnąłem do siebie samego i odpłynąłem.

***

Jako osoba uznana za ciężko chorą nie musiałem poddawać się tej całej porannej procedurze, jaka zapewne obowiązuje we wszystkich szpitalach na świecie, a przynajmniej w Europie. A zatem pozwoliłem sobie na powrót do stanu świadomości około godziny dziesiątej rano, pobudzony narastającym uczuciem pragnienia i głodu, choć na pewno nie byłem w stanie stwierdzić, co było pierwsze i silniejsze. Leniwe łypniecie okiem odsłoniło ciekawą scenę rodzajową, w postaci mojego pełnokształtnego sąsiada wyciągającego spod kołdry czarną, wężopodobną żelkę i jednocześnie starającego się przekazać przez komórkę z wyciągnięta antenką jakieś komendy swoim współpracownikom. W nieczęstych chwilach, w których świadomość docierała do mojego znękanego umysłu miałem możliwość stwierdzić, że owo indywiduum albo coś pożerało albo wydawało jakieś komendy. Okazało się, że katalog umiejętności grubasa przewidywał możliwość łączenia tych dwóch bazowych czynności. Już wydawało się, że uda mi się ponownie zapaść w sen, gdy do sali chorych wparowała ubrana na biało mocno umalowana postać i głośnym prychnięciem nakazała grubasowi koniec rozmowy. Przynajmniej połowa czarnego węża została zduszona pulchnymi łapkami, a solidnie wyglądający, szwedzki telefon omal nie spadł za łóżko na sygnał owego prychnięcia, wywołując na sąsiednim posłaniu ruch falowo - harmoniczny. Zapowietrzony grubas przerzucił część swojego obfitego ciała na stronę Białej Damy z wyrazem twarzy godnym sztubaka złapanego na nieudanym i głupim dowcipie. Czarna końcówka węża wystawała teraz spod pościeli jak ogon jakiegoś monstrum ze starych legend czy literatury fantastycznej. Biała, żeńska postać, wydała z siebie kolejne chrumknięcie, o znacznie wyższej tonacji, które zapewne miało być retorycznym pytaniem. W odpowiedzi grubas ponownie zafalował, lecz tym razem nieharmonicznie, co musiało ukontentować białą postać, która nieregularną formę ruchu uznała za kapitulację i obietnicę posłuszeństwa. Ciało grubasa opadło głębiej w sprężyny materaca odsłaniając Białej niezbyt atrakcyjny widok mojego łóżka i spoczywającego na nim zbolałego ciała, a także wpółotwarte w oczekiwany na rozwój sytuacji oczęta.

- Hm! - ta kwestia została już wyraźnie przeznaczona dla mnie. Zdając sobie jasno sprawę, że mój powrót na jawę został wykryty przez przedstawicielkę szwedzkiej służby zdrowia i nie ma co udawać dalej comy, zamrugałem oczyma, udając, że właśnie wybudzam się. Biała postać zaczęła zbliżać się do mojej siedziby omijając szerokim łukiem łóżko grubasa, które ponownie zafalowało pod wpływem akrobacji zwrotnych. Widocznie związkowiec miał ochotę przyjrzeć się, jak za społeczne pieniądze obsługuje się innego przedstawiciela narodu, choć nienależącego do tej kasty, do której on sam należał.

- No jak się czujemy? Widać, że dziś lepiej - funkcjonariuszka służby zdrowia przystanęła by zanotować w sporym blankiecie odpowiedź na zadane przez nią pytanie.

- Temperatury nie mierzyliśmy? Nie szkodzi, zaraz się załatwi, ale od razu widać, że jest norma. - Z kieszeni fartucha wysunął się rtęciowy termometr i wbił się w moje usta. Oczy funkcjonariuszki badały uważnie wynurzającą się znad kołdry bardziej reprezentacyjną część mojego ciała.

- Nic już nie boli? To dobrze.

- Serce nie kłuje? W porządku.

Szarpnięcie wyrwało termometr z moich ust. Hymknięcie podsumowało wynik obserwacji, a długopis zanotował coś na kolejnej płachcie papieru.

- Dobrze, wyślę do niego lekarza, żeby zrobił badania. A propos, jak to możliwe, że ma zalęgłości w płaceniu składek zdrowotnych? - lodowo - błękitne oczy Białej wbiły się we mnie jak para sztyletów. Przerażony leżałem na łóżku starając się stać tak biały jak poszwa mojej poduszki. Niestety, chyba moje wysiłki, by stać się niewidzialnym nie powiodły się, bo siostra wydała z siebie kolejne ostrzegawczo - grożące „Hm” i energicznym krokiem wymaszerowała.

Wydałem z siebie zbyt głośne westchnienie ulgi, które natychmiast przyciągnęło uwagę grubasa.

- No, ale wyciągnęli pana z niezłej kabały. Coś jak zawał czy zator - sami nie mogli ustalić co z panem było. Ale kostucha to parę razy nad łóżkiem to panu przeleciała.

Zamilkł, a ja usłyszałem odgłos wciąganego do pyska anyżkowego węża. Jego łóżko parokrotnie skrzypnęło, gdy wykręcał się zadem w stronę drzwi, bojąc się funkcjonariuszki służby zdrowia, która mogła odebrać mu resztkę jego anyżkowej, nieuświadamianej wolności.

- Ale, jak słyszałem pańskie składki nie wpłynęły na konto funduszu ochrony zdrowia? Niestety, nadal się to zdarza, nawet w państwowych zakładach. A potem bogu ducha winien obywatel musi wysłuchiwać. Ale ja panu chętnie pomogę. A propos, jestem Tjorbjörn Olafsson i jestem przewodniczącym centrali związkowej tu w Karlskronie.  Jak pan widzi mam telefon - wyciągnął spod kołdry czarny przedmiot - zaraz zadzwonię i sprawdzimy pracodawcę? Firma państwowa czy prywatna?

Grubas promieniał szczęśliwy, że nawet tu, w szpitalu gdzie musiał poddać się nadzorowi funkcjonariuszy zdrowotności coś znaczy i może dopomóc nieszczęśnikowi deptanemu przez antypracowniczy system. Telefon w jego dłoni zazielenił się wyświetlaczem jak magiczna kula, za pomocą której dobry wróż przepędzi zło tego świata.

- Prywatna - mruknąłem zrezygnowany.

- No wiedziałem, w państwowych to trzymamy kierownictwo za gardło nie dając ludziom zrobić krzywdy. Nawet nie wiesz pan jak ci zarabiający dziesiątki tysięcy koron ludzie robią oszczędności na swoich pracownikach, by okraść ich nawet z jednego öre. Przez takich ginie cała gospodarka, mówię panu. I jak chory choremu mogę zdradzić, że jestem wściekły na moich kolegów z socjaldemokracji za te ich liberalne eksperymenta. No ale, to co to za pracodawca?

Leżałem z otwartymi ze zdumienia ustami i na pewno głupim wyrazem twarzy gapiąc się na grubasa. Przytłoczony ciężkim szokiem nie wiedziałem naprawdę jak zabrać się za odpowiedź. Facet ewidentnie starał się być życzliwy na swój urzędniczy sposób pojmowania świata. Był też chory skoro znalazł się w szpitalu, więc czy mam prawo go denerwować? A z drugiej strony: czy on ma prawo włazić w moje życie, nawet tak chudzieńkie?

- Jest pan pewnie zaskoczony, ja wiem, ale to w końcu nas, związkowców psi obowiązek pomagać ludziom. Podejrzewam, że koledzy w pańskiej firmie nie spisali się najlepiej - pokiwał współczująco głową. - Taak, ma pan rację następuje upadek, ba degrengolada związkowych wartości i nikt już nie ceni dobrych działaczy. Pewno było tak, że wasz zarząd związkowy dużo obiecywał, a potem dogadał się z dyrekcją? - zasępił się na chwilę.

- Ale wie pan co? Mam fantastyczny pomysł. Niepłacenie składek to nie tylko przestępstwo ale też zamach na prawa pracownicze. Ale my z tego zrobimy pokazową akcję i tego faceta puścimy z torbami. Będzie miał nauczkę nie tylko on, ale i cała banda tych tłustych darmozjadów. - Ciało grubasa zaczęło falować na łóżku wraz z narastaniem tembru jego głosu.

- Przywrócimy jednocześnie wiarę ludzi w związki zawodowe i pokażemy tym działaczom, co to o ludzi nie dbają, że trzeba ciągle być czujnym. Masę zrobiliśmy, ale jeszcze więcej jest przed nami. To co, niechże wreszcie pan coś rzeknie! - ciął swoim głosem w moim kierunku.

Zamknąłem wreszcie usta i odchrząknąłem. A więc miałem obrońcę swojej sprawy.

- Wie pan, no dziękuję bardzo za zajęcie tak sympatycznego stanowiska, ale chyba dam sobie radę sam. - Mruknąłem wreszcie nieśmiało. Na jego twarzy rozlał się wyraz zdumionego niedowierzania.

- Ale skoro nie płaci składek to jak pan sobie poradzisz? Tu trzeba siły na takiego kapitalistę, doświadczenia w załatwianiu takich ludzi, to jest spraw - poprawił się. - Ja, to znaczy związki takie sprawy świetnie załatwimy. Mamy tez pieniądze na prawników, bo jeżeli facet jest cwany, to będzie żonglował przepisami, a pan na prawnika nie wyglądasz.

- No nie, nie jestem - zgodziłem się i opadłem na poduszkę. Ta jego gadka wyczerpała mnie i musiałem odpocząć jeszcze zanim siostra „Hm” przyśle tu jakiegoś łapiducha.

***

Tym razem nie dałem się zaskoczyć aniołowi. Po odespanym popołudniu narastające emocje nie pozwoliły mi zapaść w nocny sen. Na tyle, na ile rurki i kabelki pozwalały mi, kręciłem się na łóżku starając się uspokoić i uporządkować myśli. Im bardziej się starałem, tym większy poziom emocji narastał we mnie, tym coraz śmielsze wizje rodziły się pod czaszką. Gdy minęła północ zacząłem się denerwować, że nie przyjdzie – jednocześnie czyniąc sobie wyrzuty.

No bo przecież, jak może staruch, do tego na łożu śmierci, schorowany i biedny zostać przedmiotem adoracji młodej dziewczyny? Zainteresowanie osobą z dzieciństwa i typowa dla nastolatek litość, to było wszystko, na co mogłem liczyć. Przecież takie panienki opiekują się znalezionymi kotkami i pieskami, robią wielkie halo z powodu pand, delfinów, nawet żmij i nietoperzy – byle pokazać je odpowiednio ckliwie w telewizji.

Ale gdzieś w głębi, moja samotna od lat dusza pragnęła dawno zapomnianych wzruszeń, i z radością dawała się nabrać irracjonalnej nadziei.

Przyszła około pierwszej w nocy, kiedy, moje zwątpienie było tak ciemne jak nasz pokój. Najpierw pojawiła się głowa, opromieniona aureolą neonowego światła padającego z korytarza, potem cała postać poruszająca się na palcach, by nie zbudzić mojego sąsiada. Widząc, że moje oczy połyskują w ciemności uśmiechnęła się, rozjaśniając ciemną plamę twarzy błyskiem zębów. Powoli podniosła krzesełko i postawiła je bliżej mojego łóżka. Słaby zapach dezodorantu wymieszany z woniami kuchennymi i młodzieńczym potem owionął mnie, wywołując przyjemne skojarzenia. Pochyliła się i szepnęła:

- Jak się pan dzisiaj czuje? Pewnie lepiej…

- O tak, moja droga – „cholera, miałem powiedzieć moje dziecko” – wstałbym, gdyby zdjęli ze mnie te wszystkie rurki.

- Wie pan Lasse – a czy mogę mówić Lasse?

- Taak, oczywiście – jej bezpośredniość zdecydowanie mnie deprymowała.

- Wiesz, zastanawiałam się jak to możliwe, że jedni mężczyźni wiedzą więcej o kobietach niż one same, a inni są po prostu ślepi! – ostania część zdania zabrzmiała gniewnie.

Uniosłem palec do ust, po czym wskazałem na posapującego grubasa. Podążyła wzrokiem, po czym kiwnęła głową.

- Aha, to będzie nasza mała tajemnica… - westchnęła – to takie romantyczne.

Przestraszyłem się. Sytuacja zaczynała być niebezpieczna. W końcu tyle czasu przekonywałem swoją podświadomość, że jako osoba w szacownym wieku nie powinienem…

- Lasse, ty jesteś człowiekiem, któremu można zaufać. Wiesz, strasznie się dzisiaj zawiodłam na moim chłopaku – Nielsie. To prawdziwa świnia. Umawia się za moimi plecami z klientkami. Gdyby mi koleżanka nie powiedziała, że daje się podrywać jakiejś starej wywłoce, która ciągle przychodzi do klubu…

- Starej kto? – przerwałem jej cicho.

- Starej babie, przecież mówię. Ma ze trzydzieści lat! – podniosła głos, aż musiałem położyć jej dłoń na ustach.

- Wiesz, pachniesz szpitalem – powiedziała po chwili – to nie jest w sumie nieprzyjemne, ale mężczyzna powinien pachnąć inaczej, tak… twardo, jak drwal albo myśliwy. Tak sobie wyobrażałam zapach mężczyzny, jak przeczytałam twoją książkę. Niels tak pachniał… - zapadła w zadumę.

- Powinnaś rozmówić się z nim. My, mężczyźni lubimy, kiedy sprawy stawia się jasno. Jeżeli go kochasz, to daj my to do zrozumienia i zażądaj, aby się określił. Póki jesteście razem, nie powinien się tak zachowywać. Ja bym na jego miejscu tak nie zrobił.

Nie wiem, dlaczego wygłosiłem to ostatnie zdanie. Może dlatego, że dziewczyna położyła swoją dłoń na mojej ręce, po czym zaczęła palcami przeczesywać siwiejące włosy mojego przedramienia?

- Naprawdę byś tak zrobił? Nie wiem, czy masz jeszcze kogoś (czyżbym był aż tak stary, że moje partnerki wymarły?), ale każda kobieta z tobą musi być szczęśliwa. Wiesz, muszę to sobie wszystko w głowie poukładać. Będę lecieć. Pa!

Pochyliła się i pocałowała mnie w usta -zupełnie bez odrazy! Odstawiwszy krzesło na miejsce, jak prawdziwa anielica ulotniła się z pokoju.

***

Spałem dobrze, choć snów nie pamiętam. Obudziła mnie poranna szpitalna krzątanina, termometr w usta, potem starsza, acz dość sympatyczna pielęgniarka, która nie dość, że wysadziła mnie na nocnik, to jeszcze umyła tu i tam. Potem była awantura z grubasem. Lekarze na obchodzie zaczęli zastanawiać się nad nieskutecznością terapii, której obrazem były wciąż słabe wyniki. Związkowiec, wzięty w krzyżowy ogień pytań, przyznał się do podjadania (a w zasadzie podżerania) i w rezultacie otrzymał ścisłą dietę oraz regularne kontrole  szafki. Potem zaczął narzekać na system, który łamał jego wolność osobistą. Cóż, funkcjonariusz systemu skarżący się na to, w czym siedział po uszy?

Mając dość jego narzekania zwróciłem mu uwagę, że przedłużając leczenie pozbawia swojej obecności związkowych towarzyszy, a przy okazji marnowane są społeczne, w końcu niemałe pieniądze. Gdy to usłyszał przestał zrzędzić i przyznał mi rację. Później przypomniał sobie o moich wczorajszych kłopotach z ubezpieczalnią i zaczął wydzwaniać po różnych instytucjach, ustawiając swoich rozmówców. Przysnąłem trochę. Obudziła mnie ta sama pielęgniarka i wraz z łóżkiem powiozła mnie korytarzami na jakieś badania. Wróciwszy, zjadłem już zimny obiad, po czym otrzymawszy zgodę lekarza wyruszyłem na samodzielny spacer. Towarzyszył mi młody chłopak, sanitariusz i faktycznie, przydał się. W końcu korytarza zrobiło mi się słabo i musiał mnie przytrzymać. Wisienką na torcie była możliwość samodzielnego wysikania się – świadectwo zwycięstwa jednostki nad systemem.

Ledwo ułożyłem się w pieleszach, kiedy pojawiła się siostra „Hm”. Stanęła przed łóżkiem i wycelowawszy we mnie oskarżycielsko palec wymknęła:

- Dlaczego nic nie mówił, że nie ma opłaconego ubezpieczenie zdrowotnego?

Na te słowa związkowiec z sąsiedniego łóżka poderwał się i wybałuszył na mnie oczy. Nakryli mnie. Moja zbrodnia wyszła na jaw. Milczałem uparcie nie chcąc przyznać się do faktu, że z zasady nie opłacałem takiego, rozbójniczego świadczenia. W końcu był to mój, w pełni świadomy wybór.

- Nie wie, że obywatel szwedzki ma obowiązek co miesiąc opłacać składkę? To teraz kto za niego zapłaci? Siostra „Hm” pochyliła się nad łóżkiem przyszpilając mnie wzrokiem.

- On wie, że ma płacić, ale nie ma ochoty tego robić. Taki jego wybór! – odwarknąłem.

Kobieta otworzyła usta, przez jej twarz przemknęło kilka osobliwych grymasów, kiedy próbowała zrozumieć moją odpowiedź.

- Ale jak to? Przecież prawo nakazuje…

- Prawo nie może zmuszać obywatela do robienia tego, co jest przeciw podstawowym zasadom demokracji, czyli odbierać możliwości wyboru. Czego tu siostra nie rozumie? Na przykład, mój sąsiad – wskazałem na grubasa – w ramach wolności wyboru podjada sobie. A wasza dieta jest jego dręczeniem. Czyż nie tak sąsiedzie? – mrugnąłem porozumiewawczo.

Siostra „Hm” zbita z pantałyku przeżuwała słowa.

- To kto zapłaci za leczenie?

- Nie ja, bo na pewno takich środków nie mam. Zresztą, mówiłem tym z karetki, żeby mnie zostawili. Gdyby uszanowali moją wolę, nie byłoby tego problemu.

Chrząknęła i obrażona wyszła, pewnie zgłosić to lekarzowi i szpitalnej administracji. Spojrzałem na związkowca, który patrzył to na mnie to na swój telefon.

- Widzi pan? – rzuciłem od niechcenia. – To system, który z człowieka robi malutki trybik, bez szansy na wybór. Jeszcze na początku stulecia nasi rodacy mogli wybierać, co chcieli robić w życiu i byli za to odpowiedzialni. A teraz nawet panu nie dadzą possać żelki. Gdyby się bardziej postarali, to daliby panu lepsze lekarstwa i trochę anyżku by panu nie zaszkodziło.

- Ale, ale jak można żyć bez ubezpieczenia? Bez składek emerytalnych, bez oświaty, bez…

- Widzisz pan, kilkadziesiąt lat i nawet tak poważny człowiek jak pan został zaprogramowany jak maszyna. Jesteś pan jak szczur w labiryncie, możesz pan iść tylko tam, gdzie budowniczy pozwoli. Ja też jestem jak szczur, ale mnie ścigają tłuste koty państwa. Z tym, że ja mogę uciekać, gdzie chcę, bo nie ma wokół mnie ścian. Dobrze, a teraz chciałbym się przespać. – Odwróciłem się zadkiem do związkowca i nakryłem kołdrą. Przed wieczornym spotkaniem z aniołem lepiej dobrze wypocząć.

***

Zanim anioł pojawił się, wezwano mnie do administracji. Wsadzili mnie na wózek, powieźli korytarzami i windami domagać się pieniędzy. Wtedy mnie olśniło, taka wiekopomna myśl godna wielkiego filozofa. Olewając ich wierciłem się na kółkach, potem jednemu, takiemu w okularach, co to mnie sądem straszył odparłem, że w kapitalizmie liczą się pieniądze, a w socjalizmie szwedzkim liczy się człowiek, z którego można ściągnąć jeszcze więcej pieniędzy na takich pasożytów jak oni. Dostałem solenną zapowiedź, że tak się to nie skończy, przestraszona pielęgniarka odwiozła mnie na salę, gdzie czekała już tylko dietetyczna kolacja. Znaczy się, że „system” postanowił się zemścić.

Nie powiem, mnie to też wszystko denerwowało, zacząłem więc „maszerować” korytarzem w tę i tamtą, odbierając wrogie spojrzenia personelu oraz szepty innych pacjentów (system jest doskonały we wskazywaniu wrogów). W końcu zmęczyłem się i uwaliłem na łóżko, słuchając grubasowego mlaskania.

***

Zaskoczyła mnie, gdyż musiałem przysnąć. Jej ręce pachniały jakimś płynem czyszczącym a ciuszki papierochami i przepalonym tłuszczem, ale dla mnie były to najlepsze perfumy. Chwyciła mnie za dłoń i zaczęła delikatnie ją głaskać, podnosząc siwe włosy na dłoniach do góry.

- Lasse, śpisz? – pochyliła się ku mnie.

Rozchyliłem powieki a spojrzenie padło na celujące we mnie piersi niezepsutej, zdrowej, młodej Szwedki. W gardle urosła mi gula, ciśnienie skoczyło a w narządach wzleciały muchy śmierdziuchy.

- Nie, nie śpię – wydusiłem z siebie z trudem. „Czy aby z ust zbytnio mi nie śmierdzi” – przeleciała trwożna myśl. Lena była wyraźnie podekscytowana, jej dotyk zaczął zmieniać się w ucisk, nawet całkiem mocny.

- Co u ciebie? – uniosłem się nieco, rzucając spojrzenie na łóżko grubasa. W półmroku wyglądało, że śpi i nie podsłuchuje.

- U mnie? Ty powiedz, jak się czujesz. Mam nadzieję, że już lepiej? – w głosie zabrzmiała autentyczna troska.

- Chyba, chyba już lepiej, zresztą pewnie na dniach mnie wypiszą.

Ścisnęła moją dłoń i przysunęła bliżej swoją twarz. Dopiero teraz dostrzegłem niewielką bliznę na podbródku, pewnie pamiątkę z dzieciństwa.

- O to dobrze. Wiesz… – głos jej zadrgał. Zacząłem sztywnieć, a muchy–śmierdziuchy zabrzęczały podekscytowane. Tak przez cały dzień i w pracy myślałam sobie…, że może zamieszkasz ze mną?

Sąsiednie łóżko zatrzeszczało, a mnie oblało gorąco. Brzęczenie much stało się tak głośne, że połowa szpitala musiała je słyszeć. Gdybym wciąż był podłączony do monitora kardiologicznego, to pielęgniarka już by tu dawno była.

Zdołałem tylko położyć palec na ustach i wzrokiem wskazać na łóżko związkowca. Zrozumiała i kiwnęła głową, po czym pochyliła się, a właściwie położyła głowę na mojej poduszce.

- Czytałam przed przyjściem twoje opowiadania. Są takie… codzienne, ale jednocześnie i serce zaczyna bić szybciej, i świat jest bardziej zrozumiały. Jak myślę o tobie Lasse, to jest mi tak dziwnie, jakbym miała motyle w brzuchu – pociągnęła moją dłoń i położyła na swoim brzuchu. Moje opuszki wyczuły lekki meszek wokół pępka, jej mięśnie lekko drżały pod moim dotykiem. Poczułem dotyk jej ust na moim policzku, a moja dłoń została energicznie wepchnięta jeszcze niżej. Syknęła przeciągle nie krępując się obecnością grubasa, potem ugryzła mnie w ucho, gdy dotknąłem wilgoci jej ciała.

Stałem się młodszy o wieki, znowu zdrowy jak dąb i sprawny w każdym aspekcie. Sczepiłem się z nią ustami, by uciszyć jej jęki jednocześnie pozwalając jej motylom, by odleciały. Jej ciało  nagle zesztywniało, po czym zaczęło drgać konwulsyjnie powodując trzeszczenie szpitalnego łóżka. Po chwili zwiotczała i odsunęła się trochę ciężko dysząc. Poczułem, że jestem cały mokry, zwłaszcza w miejscach zasłoniętych kołdrą - zrobiło mi się nagle wstyd.

- Co zrobiłeś, stary durniu? – mruknąłem niewyraźnie wracając do siebie. Lena poruszyła się i nieco uniosła głowę. W słabym świetle widziałem łzy cieknące po policzkach.

- Kocham cię Lasse i chcę być z tobą. – Szepnęła. Jej łzy moczyły moją piżamę rozpuszczając rozsądek.

- Dziecino, ty jesteś szczęściem dla starego człowieka, ale mógłbym być twoim dziadkiem.

- No coś ty… – powiedziała to prawie głośno. Grubas musiał mieć używanie pod kołdrą.

Dlaczego spłoniłem się jak panienka? Czy to lata chrześcijańskiego wychowania, czy raczej rozum kierujący krokami starca sprawiły, że w mojej jaźni wyrosła nagle tama zatrzymujące ostatnie, dzikie hormony?

- Nie bój się, ty utrzymasz nas ze swojej emerytury, a ja będę ci gotować, robić zakupy a w nocy będziemy szaleć. – Coraz bardziej nakręcała się. – Poświęcisz mi nową książkę? A może będę jej bohaterką?

- Wiesz, nie przepadam za obyczajową… - wydusiłem zakłopotany.

- Niels to szczeniak przy tobie, tylko mu seks w głowie. A ja czytałam, że starsi mężczyźni są romantyczni…

Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Resztka samczej dumy zdała sobie sprawę, że rozbujałej hormonalnie pannicy nie da rady, że szybciutko trzeba będzie ogłosić kapitulację albo szukać jakiś orientalnych specyfików na potencję. Róg nosorożca, jądra tygrysa?

- A gdyby Niels się zmienił? Gdyby dojrzał?

- Myślisz o trójkącie? – zamarła przytulona do mojej piersi.

- No, coś koło tego.

- Świntuch z ciebie, Lasse. Ale z drugiej strony on mógłby się czegoś nauczyć. Tylko, czy zgodziłby się na to?

Schwyciłem się ratunkowej brzytwy.

- Przyślij go do mnie jak najszybciej. Pogadam z nim jak facet z facetem i parę spraw wyjaśnię.

- Wiesz, Niels to  kawał kołka, podnosi ciężary, ćwiczy boks tajski i jest…

- Chyba nie myślisz, że pobije leżącego na łóżku starca?

Popatrzyła na mnie uważnie. Światło padające z korytarza tworzyło złocistą aureolę wokoło jej głowy. Nagle przyszło mi do głowy, że ona jest wyjściem z sytuacji.

- Leno, jest jeszcze jedna sprawa, ale musisz przysunąć się, abym mógł ci powiedzieć na ucho.

Uniosła głowę.

- Będziesz świntuszył? – chyba usłyszałem nadzieję w jej głosie. Posłusznie zbliżyła się.

Ukąsiłem ją w ucho - choć tyle mogłem zrobić dla swoich instynktów. A złotowłosa wysłuchała sztywniejąc, po czym rzuciła krótkie: „pa” i szybko wyszła.

Sąsiednie łóżko lekko zafalowało, jakby ktoś z grubasa spuścił powietrze. Skrzywiłem się na falę smrodu i przewróciłem na bok.

***

Burzę przetrwałem, choć po bezskutecznym kontrataku na argumenty i grożeniu sądem, przyjąłem taktykę milczenia i ostentacyjnego gapienia się w oczy kolejnym moim interlokutorom. A doktorzy, księgowi i prawnik zarzucali mnie swoimi roszczeniami, apelami do solidarności narodowej, pokoleniowej i społecznej, mojego sumienia i poczucia winy. Wreszcie, widząc, że dokładnie mam gdzieś ich prośby i groźby, i nie kwapię się do zapłacenia choć jednej korony za leczenie, skupili się za stołem prezydialnym i zaczęli szeptać między sobą, rzucając mi co chwilę groźne spojrzenia. Jako, że pierwszy postraszyłem ich sądem, nie odważyli się wywalić mnie z lecznicy od razu, gdyż (jak domyślałem się) moje serce jeszcze nie było w stanie, który pozwalałby z czystym sumieniem pozbyć się mnie. Hipokrates mnie „uratował”.

Za to, gdy wróciłem na salę koło grubasa, do wieczora nie zaszczycili mnie uwagą ani lekarz ani siostra. Znudzony zacząłem kręcić się po korytarzach poznając obiekt. Jakaś sympatyczna pani poczęstowała mnie jabłkami, co było jedynym przejawem ludzkiej życzliwości. Gdy wróciłem, grubas fuknął na mnie, ale bardziej pytająco. Podjąłem wezwanie.

- To niech pan powie, jako związkowy lider. Jeżeli to jest społeczna służba zdrowia, to czy najbiedniejszym – a ja na bogacza przecież nie wyglądam – nie należy się naprawdę „darmowe” leczenie? To jak wygląda ten wasz socjalizm?

Zaczerwienił się na ostanie słowo. Chwilę milczał, pewnie obmyślając właściwą odpowiedź.

- Ma pan rację, ale z tego, co wiem, to jest pan kontestatorem demokracji i polityki rządu. A zatem…

- A zatem, wrogowi politycznemu nic się nie należy. Niech zdycha! Za to wszelkiego rodzaju obibokom, darmozjadom i imigrantom chętnie coś takiego fundujecie! Gdzie tu logika?

- To…, to polityka rządu…

- … którą wspierają związki zawodowe. To po co wy jesteście, skoro dokładnie robicie to, co największy pracodawca, czyli rząd jego królewskiej mości? Z którym król nie ma nic wspólnego. Ach, trzysta lat temu, król by się z wami załatwił! – odwróciłem się wściekły podreptałem na korytarz, gdzie o mało nie zderzyłem się z siostrą „Hm” niosącą naręcze papierzysk. Spojrzała na mnie jak obrażona księżniczka i bez słowa wyminęła.

Wałęsałem się po korytarzach szpitalnych, starając się zejść z oczu funkcjonariuszom bezpłatnej służby zdrowia. W izbie przyjęć natknąłem się na muzułmańską rodzinkę, wokół której biegało kilkoro z personelu  w białych fartuchach i kitlach. Troje dorosłych i czereda wrzeszczących dzieci nie wyglądało na takich, którzy mają choć jedną koronę przy sobie, lecz medykom to nie przeszkadzało.

W końcu ledwie żywy poczłapałem do wyra: na stoliku leżały dwie kromki chleba, kosteczka masła i marmeladka – bez popitki i noża.

- O! – przyoblekłem twarz w uśmiech – nie dają człowiekowi umrzeć z głodu, choć by żyć to za mało.

Grubas odłożył gazetę i przeniósł wzrok ze mnie na moją kolację, po czym bez słowa zajął się czytaniem.

Po zmroku, gdy związkowiec wyszedł w sali pojawiła się nieznana mi pielęgniarka. Rozejrzał się i szybko rzuciła:

- Niech się pan przygotuje. Lena przyjdzie zabrać pana.

Nim zareagowałem znikła, a ja odetchnąłem z ulgą.

***

Leżałem ze wzrokiem wbitym w oprawę jarzeniowej lampy i fruwające wokoło insekty, nie zaszczyciłem spojrzeniem kobiety, która zabrała talerzyk z „kolacją”, choć w moim brzuchu aż burczało. Zignorowałem też wieczorny obchód – młodą lekarkę o śniadej karnacji, która nawet nie podniosła wiszącej na ramie łóżka karty informacyjnej. Miałem już zasnąć, kiedy pojawiła się siostra „Hm” i stanęła przy moim łóżku, a widząc, że nie reaguję – nachyliła się nade mną.

- Proszę podpisać! – oświadczyła kategorycznie.

- Co? – odparłem podobnym tonem.

Byliśmy jak dwa roboty z taniego filmu SF.

- Dokument, który mam do przekazania! – Fuknęła. Jej twarz zaczęła przyoblekać się pąsem.

Zadrżałem w środku, ale już wcześniej, w myślach, przygotowałem się na konfrontację.

- Niech poda – użyłem formy bezosobowej w stosunku do trybiku państwowej machinerii.

I tak jak indyk, zagulgotała z wściekłości. Zapewne w jej karierze byłem pierwszym przypadkiem, który adekwatnie zareagował na jej zachowanie.

- Ty… - szukała odpowiedniego słowa – śmierdzący staruchu! – wyrzuciła z siebie, opluwając mnie kropelkami jadu.

- Umyje sobie najpierw zęby. – Odparłem powoli, przygotowując się do ciosu, po czym szybko dodałem:

- Kolega związkowiec słyszy, jak się pacjentów w tym szpitalu traktuje? – odwróciłem nieco głowę ku grubasowi i dlatego uderzenie tekturową podkładką ominęło nos i plasnęło mnie w policzek.

Tego nie oczekiwałem, mój wyćwiczony stoicyzm rozpadł się. „Hm” musiała sobie zdać sprawę, że przegięła potężnie, bo cofnęła się aż do okna.

- Ty, ty… kapitalistyczna hieno! – wysyczała w końcu.

Rzuciłem spojrzenie na grubasa, który w zdumieniu uniósł się na łóżku.

- Co pani robi? – wydusił z siebie.

- Leżeć! – siostra „Hm” wracała do siebie. Była samicą alfa na tym oddziale, a może i w całym szpitalu, i nawet przedstawiciel lokalnej kasty uprzywilejowanej był dla niej zaledwie numerkiem w ewidencji. Grubas zamarł w przerażeniu. A ja, wykorzystałem czas, by unieść się na łóżku. Adrenalina wsączała się do moich tętnic wyostrzając zmysły i dowcip. Serce niebezpiecznie przyśpieszyło, ale apatia i chęć ucieczki dzięki siostrze „Hm” raz na zawsze się ulotniły.

- Dotknij mnie jeszcze raz, a zapomnę, że jesteś kobietą! – usłyszałem własny głos. Musiało do niej dotrzeć, że wpędziła mnie w desperację. Tak jak szczur zagoniony w narożnik piwnicy, stałem się naprawdę niebezpieczny.

Siłowaliśmy się wzrokiem, aż poddała się.

- To jest wezwanie do zapłaty. Jeżeli nie zapłaci w ciągu dwóch tygodni, szpital wejdzie na drogę sądową. – wydusiła z siebie wreszcie.

- Nic nie podpisuję. A za pobicie wniosę kolejną sprawę do sądu – powiedziałem nieco zbyt szybko. – Mój sąsiad jest świadkiem!

- Ja, ja nie chcę się w nic mieszać! – doleciało z łóżka obok.

Siostra „Hm” parsknęła tryumfalnie i poskrzypując butami odeszła.

- A co pan niedawno mówiłeś? – odwróciłem się gwałtownie do grubasa. – Przeciw firmom prywatnym, to bohater, ale żeby pomóc szaremu człowiekowi przeciwko państwu, to w gacie sra?

Grubas zrobił się zupełnie malutki, szybko wciągnął kapcie i szlafrok i wymaszerował z sali. Gdy tylko zniknął za drzwiami, krzywiąc się na wskutek bólu w klatce piersiowej zrobiłem szybki przegląd mego dobytku. Byłem gotowy do walki.

***

Zaczynałem wpadać w panikę. Mijała zwyczajowa pora wizyty mojej „anielicy”, potem kolejna godzina, a ja wciąż leżałem pod pościelą, odziany do wyjścia. Z tych nerwów musiałem przysnąć, gdyż szarpnięcie za rękę prawie nie wystrzeliło mnie w kosmos. Uderzenie krwi mało nie wprowadziło mnie w omdlenie, a dłoń zaciśnięta na ustach nie odebrała resztki tlenu. Ciemna postać spokojnie czekała, aż się uspokoję.

- Przyniosłem ciuchy. – Szepnęła postać młodzieńczym głosem.

- Ale ja mam…

- Zrobimy to po naszemu – głos wyrażał zdecydowanie.

- Do..., dobrze, a co z nim – wskazałem ruchem głowy na łóżko grubasa.

- Kapnąłem trochę chloroformu na poduszkę. Dobrze pośpi.

Pospiesznie naciągnąłem na piżamkę przyniesione wojskowe spodnie i bluzę; trampki były nieco zbyt duże, ale mocno je zawiązał.

- A moje rzeczy? – szepnąłem zaniepokojony.

- Szpital przechowa. Masz zniknąć tak, aby trochę ich zaniepokoić. Ruszamy.

Facet wyraźnie znał korytarze, klatki schodowe i przejścia. Zeszliśmy do piwnicy nie widziani przez personel, przemknęliśmy woniejącymi środkami do prania i odkażalnikami pomieszczeniami i nagle znalazłem się przez podwójnymi drzwiami.

- Wyjdziesz teraz, skręcisz w prawo aż do rogu budynku, a potem upewnisz się, że nikt się nie kręci i pójdziesz do płotu. Tam cię odbiorą.

Nim zdążyłem coś rzec człowiek odwrócił się i zniknął w ciemnościach. Nabrałem głęboko powietrza i nacisnąłem klamkę. Drzwi skrzypnęły, lecz wypuściły mnie. Może i noc nie była zbyt chłodna, ale po spędzeniu tylu dób w pomieszczeniu, poczułem się jak w Laponii. Wstrząsnął mną dreszcz, zęby zadzwoniły w rytm kroków. Podwórze było puste, gdzieś daleko, przy bramie paliły się lampy. Puściłem się na otwartą przestrzeń zastanawiając się, gdzie mam konkretnie iść, gdy nieco z lewej błysnęło światło. Drżąc z zimna i nerwów podreptałem się w tamtym kierunku, o mało nie wykładając się na krawężniku. Nagle usłyszałem znajomy głos pośpieszający mnie; po chwili byłem już we wnętrzu starego Volvo. Auto zadygotało i powoli ruszyło pomiędzy uliczki Karlskrony. Troskliwe dłonie narzuciły na mnie koc, a chybotanie maszyny ukołysało skołatane kłopotami nerwy. Obudzono mnie nad brzegiem jeziora, a może morza, koło letniskowego domku. Te same ręce popchnęły mnie do środka, zaprowadziły na pięterko i troskliwie ułożyły.

- Jesteś wolny i bezpieczny. – Rzekł ciepły głos.

***

Zniknięcie pacjenta z oddziału wywołało zrozumiałą konsternację. Po gruntownym przeszukaniu całego szpitala i przepytaniu personelu i pacjentów musiano wezwać policję. Ta pewnie by umorzyła sprawę, gdyby nie pewien starszy gliniarz, który skoncentrował się na moich pozostawionych rzeczach. Taki tramp jak ja przecież nie pozostawiłby dobra. Zaczął drążyć, przejrzał papiery, odkrył nieścisłości, wydusił ze związkowca zeznania, w tym to, że grożono mi i siostra „Hm” uderzyła pacjenta. Zaczęły także wychodzić inne sprawy, pojawiać się świadectwa osób, które potraktowano podobno jak mnie. Tym bardziej, że przeszukiwano całe Blekinge, a mnie nie znaleziono. Wreszcie sprawa się dostała do prasy, nawet krajowej. W całym regionie kontrolowano placówki zdrowia i opiekuńcze pod kątem „patologii”. Nie wiem dokładnie, ale chyba siostra „Hm” została zmuszona do przejścia do niewielkiej praktyki gdzieś w Laponii, dyrektor szpitala też wyleciał. Parlamentarzyści ścisnęli pośladki, by wykazać się i prawo zmodyfikowano, dodając nowy obszar socjalizmu. Teraz każdy lump, taki jak ja, mógł dostać pełną i bezwarunkową opiekę.

Szpital złożył do sądu wniosek o obciążenie mnie, ale ze względu na zniknięcie podsądnego i całą tę aferę wniosek oddalono. Po jakimś czasie sprawa przyschła i życie w Blekinge wskoczyło w zaplanowane tory.

Zapytacie co z Lasse i jego „anielicą”?

Cóż, ja sobie wypoczywałem nad jeziorem, opiekowałem się letniskowym domkiem rodziców Nielsa, łapałem ryby i zbierałem grzyby. Siadłem także do pisania. Potem nająłem się do pracy przy koniach na nieodległej farmie, gdzie nikt nie pytał o papiery. Pieniążki z rączki do rączki, dobre jedzenie, brak stresu.

Pod koniec roku wróciłem do Karlskrony na wesele młodych. Wcześniej, dużo z nimi rozmawiałem, porządkując grządki w ich głowach. Zdecydowali się na ślub kościelny, z dużym gronem osób. Tam też spotkałem siostrę Złotowłosej i owego człeka, który pomógł mi uciec. Jak mówili, wielu pracowników, zwłaszcza niższego szczebla było mi wdzięcznych za zmiany, które wymusiło me zniknięcie.

Ponoć policja wciąż mnie szuka, choć ja się wcale nie ukrywam. A może wcale nie chcą mnie znaleźć?

Tłumaczenie Tomasz Stężała

Notka:

Lasse Hanssen – szwedzki pisarz, autor kilkudziesięciu opowiadań i kilku powieści, z których najbardziej znana jest „Okropny niebieski miś” (Hemsk blå nallebjörn). Człowiek o skrajnie konserwatywnych poglądach, znienawidzony i obłożony infamią zarówno przez szwedzki lewicowy establishment jak i „postępowe” media. W swoim życiu trudził się wieloma profesjami, był żołnierzem, bezdomnym, kierowcą, ratownikiem, drwalem, marynarzem – wiele podróżował, był też kilkakrotnie w Polsce. Wydawał pod wieloma pseudonimami pisząc głównie po angielsku, dlatego też trudno jest określić wielkość jego twórczości. Zmarł kilka lat temu.

Gdzie kupić książkę?
  • Książka "Wojna bogów" dostępna jest m. in. w księgarni w Centrum Handlowym "Ogrody"
  • "Bunt starych bogów" już w księgarniach