VT iRepair - шаблон joomla Авто

Ze zbioru: Dziennik Snów

Wieczorem dałem zaprosić się swoim znajomym z Växjö na koncert zespołu ludowego, czy jak oni to mawiają górnolotnie: „Pieśni i tańca”, z Polski, z jednego z tych nadmorskich miast. Znajomi, zwłaszcza ona, miłośniczka kombinowanego folkloru i IKEI aż piała z ekscytacji, że to taka naprawdę ludowszczyzna, że takiej to u nas nawet w Laponii nie uświadczysz. Koncert towarzyszył dniom miasta, a widocznie notable, czujący obowiązek pomagania biednym sąsiadom zza bałtyckiej miedzy, zaprosili muzykantów i tancerzy, bo i reprezentują całkiem niezły poziom, a przede wszystkim, czego oczywiście nie przyznają – są tani.

 

No więc, pogoda dopisała, miły wiatr znad jeziora i dobre, procentowe piwko z Danii mile chłodziły i wprawiały w melancholijny nastrój. Wokoło sceny rozstawiono ławki i krzesła na kilkaset osób. Przyjechaliśmy wcześniej, by znajoma z koleżanką mogły pobiegać po straganach z ludowymi wytworami, pełnych różnokolorowych zbieraczy kurzu, tak chętnie gromadzonych przez mieszkanki Skandynawii. My z Ole, Andersem i Torge zahaczyliśmy o grilla i strzelnicę, gdzie z pneumatycznych karabinków wystrzelaliśmy ze sto koron, za misia wartego ze dwadzieścia. Potem zmęczeni zasiedliśmy nieco z tyłu, bliżej kabinek klozetowych, bo ciśnienie szybko rosło.

Muzykanci zeszli wcześniej, jakieś dziwaczne instrumenty poczęły nisko pomrukiwać i pobekiwać, a tony wprawiały nasze podchmielone ciała w drgania jednocześnie ściągając coraz więcej ludzi. Wkrótce, gdy horyzont zaczął się czerwienić, zabrakło miejsc i koncert się zaczął. Tancerze i śpiewacy zaczęli od wesołych rytmicznych tańców, potem zwolnili nieco tempo, zapraszając na scenę widzów i ucząc ich kroków, wreszcie znowu przyśpieszając i kończąc wśród wiwatów rozochoconej publiki.

Nasz karton z piwem niespodziewanie pokazał dno, na co druhowie zareagowali nerwowo. Lecz dla mnie się to nie liczyło. Wygodnie rozparty, obżarty i opity, z alkoholem przyjemnie krążącym w naczyniach krwionośnych odjechałem w czasie i przestrzeni:  będzie z kilkanaście lat w przeszłość:  do Gdyni, do Polski.

Pewnie już wcześniej nie raz ględziłem, że w życiu z niejednej miski jadłem, że imałem się masy robót, co też wiązało się z podróżowaniem po kraju i zagranicą. Wtedy też pracowałem jako spawacz w stoczni Kockumsa, przy statkach. Robota ciężka, głównie ze względu na konieczność włażenia w różne ciasne i duszne miejsca i pozostawania tam przez dłuższy czas w zdecydowanie niewygodnych pozycjach. Ale to był czas kolejnego zakochania i związanych z tym finansowych potrzeb, a u Kockumsa za spawanie naprawdę dobrze płacili. Brałem dodatkowe zlecenia, a wieczorami szastałem forsą w restauracjach. Majorka? Czemu nie! Malediwy? Hm, dla ciebie kochanie wszystko... Dlatego Lasse prawie oślepł, stracił węch od toksycznych wyziewów, ogłuchł od walenia młotami, ledwo czuł ciało, ale zgromadził fundusze i przez dwa tygodnie był królem archipelagu. Dama po powrocie znalazła innego, a mnie szlag trafił.

W tym czasie coś w gospodarce tąpnęło, zlecenia z dnia na dzień poczęły się kurczyć, a mój niepokorny duch, który nigdy nie lubił lizać dupy różnym dyrektorom i związkowcom szybko wszedł na wojenną ścieżkę. Zaczęli wywalać ludzi ze stoczni i wkrótce też na mnie padło.

Wezwał mnie mój kierownik i rzekł coś takiego:

- Hanssen, kawał  z ciebie bezczelnego gnoja, lecz takie spawy jak ty naprawdę niewielu umie robić. Stocznia ma kłopoty, ale pewnie za rok, dwa koniunktura powróci, więc nie możemy sobie pozwolić, by ciebie stracić. Dlatego nie zwolnimy cię, lecz poślemy za morze – skrzywił się złośliwie – byś szkolił w Polsce spawaczy. Sprzedajemy tam nasze maszyny, a ty znasz dobrze angielski, więc wyślemy cię byś uczył.

Ja na to, by się gonił, lecz facet złapał mnie za ramię, spojrzał w oczy i dodał, że wprawdzie wypłacać będą połowę poborów, lecz gwarantują dobre zakwaterowanie, pełne wyżywienie, no a tam za parę koron to można ho, ho!

Przed oczami przeleciały mi słowiańskie, dojrzałe jak maliny piękności, proste, uczciwe, czyste i gospodarne. Nie tak jak nasze zarozumiałe i „postępowe” pindy. Burknąłem zatem, że się zastanowię. Po krótkim namyśle totalna zmiana środowiska wydała mi się niezwykle kusząca. Zatem, pod koniec miesiąca zapakowałem dwie pękate walizy, w tym jedną z żarciem i wszedłem na pokład promu. Tam zaś tłumy ludzi, czekających na odpłynięcie od brzegu i otwarcie sklepu wolnocłowego. Zdecydowana większość to Polacy – ludzie zewnętrznie różniący się od nas, Szwedów: spięci i wystraszeni, poszarzali cisi i hałaśliwi jednocześnie, oglądający każdą koronę czy dolara przed wydaniem. Kupowali … puszki z mięsem, śmiesznie tanie i co ważne: ich producentów. Karnie ustawiali się w kolejce, ustawiając na taśmie piramidy. Zaskoczony tym też wrzuciłem parę sztuk do koszyka obok kilku piw. Po kolacji walnąłem się na koję, słysząc na korytarzu pijackie wrzaski w obu językach.

Z powodu robót drogowych zdezelowana taksówka z nieogolonym kierowcą (który strasznie gapił się na moje dłonie liczące banknoty) nie mogła podjechać pod hotel. Taksiarz oburzony, że nie zapłaciłem tyle ile chciał (nawet w Sztokholmie nie biorą tyle za kurs!) zostawił mnie z walizami i reklamówkami o dobro sto metrów i trzasnąwszy drzwiami odjechał. We łbie mi wciąż kołowało po wesołej podróży, a siły witalne rozlazły się po krzywym chodniku, więc stanąłem przed dylematem. Wokoło przechodzili zabiegani ludzie, zdecydowana większość z kilkoma siatkami wypełnionymi różnym dobrem, szaro i tandetnie odziani, omijając mnie z daleka.

- Pomóc? – rozległ się za plecami młody głos.

Odwróciłem się gwałtownie, mało nie tracąc równowagi. Trzech nastolatków w granatowych marynarkach wyglądających na uczniów gimnazjum[1] patrzyło wyczekująco. Jeden z nich rzucił krótką uwagę, która wywołała błysk uśmiechu pozostałych.

- Jasne, trzeba mi to zanieść do hotelu – pokazałem głową na wielopiętrowy obiekt przypominający biurowiec. Wymienili kilka uwag po polsku wyraźnie patrząc na wejście. Wynajętego przez dyrekcję stoczni hotelu broniło kilku kręcących się mężczyzn i to oni – w większości ubrani w zachodnie rzeczy lecz niezbyt dobrze dobrane – budzili obawę młodzieńców.

- Zapłacę – dodałem zachęcająco.

- Bierzcie walizy. Ty idziesz za nami i jakby co, to wrzeszcz na nich – wysoki blondyn w okularach a’la Les Gray[2] zakomenderował nienaganną angielszczyzną schwycił reklamówki zostawiając walizy koleżkom. Pokiwałem głową zadowolony, że będę miał ich na oku i nasza karawana ruszyła. Młody odwrócił się i szeptem dodał, by nie wymieniać u nich pieniędzy zanim tamci rzucili się na mnie. A ja jak jakiś Nabab zacząłem po angielsku wrzeszczeć to na moich kulisów, to na handlarzy walutą zwracając uwagę jeszcze innych ludzi, którzy ofurczeli tragarzy, lecz wpuścili ich przez drzwi. W środku panował zaduch, boazerii, pasty do podłóg i kwaśny fetorek kuchenny. Recepcjonista urzędowo się uśmiechnął, zabrał paszport, który wyniósł na zaplecze, po czym otrzymałem klucze. Winda niestety była zepsuta, czyli jej nie było, lecz tragarze ochoczo wdrapali się na czwarte piętro. Dostali po pięć baksów i wyszli. Potem jeszcze znalazłem wsuniętą pod drzwiami kartkę z krótką informacją i numerem telefonu oraz adnotacją – dzwonić z automatu.

Na to wszystko wziąłem prysznic, zszedłem do bufetu na ciepłe piwo i jakąś lokalną potrawę, po czym zapakowałem się do wyra wcześniej zamawiając budzenie. To był mój pierwszy dzień w Gdyni.

Kolejne dni zlały mi się w pamięci. Przydzielono mi jako opiekuna młodego inżyniera Romana, o niemożliwym do wymówienia nazwisku z tymi wszystkimi świszczącymi i gwiżdżącymi głoskami, jakich pełen jest język polski. Zanim spotkałem się z pracownikami, musiałem spędzić blisko cały pierwszy dzień na wypełnianiu masy druczków, spotkania z kilkunastoma różnymi osobami i rozmowach, które Roman cierpliwie tłumaczył. Musiałem oddać krew i mocz, zbadało mnie ze trzech lekarzy, odebrałem odzież roboczą, typu, którego w Szwecji używano tuż po wojnie światowej. Do tego doszła legitymacja i przepustka w plastikowych okładkach. Wszystko wyglądało, jakbym pracował w jakimś supertajnym ośrodku naukowym, a nie zwykłej stoczni.

Jak później okazało się, wielu pracowników dorabiało do pensji (w skali Polski nienajgorszych) wynoszeniem poza zakład wszystkiego, co dało się spieniężyć, a proceder ten wspierali strażnicy i cały zespół ludzi poza bramą, zajmujący się „utylizacją” towaru. Zresztą, jak potem się okazało, w parkanie otaczającym stocznie i port co rusz pojawiały się dziury, którymi ludzie wyskakiwali choćby na piwko czy zrobić zakupy, bo w pobliżu jak to oni mówili: „rzucili towar”.

Ciekawostką, z którą zetknąłem się od samego początku pobytu, były mniej lub bardziej nachalne propozycje odkupienia ode mnie moich szwedzkich pieniędzy lub oferty „niesamowicie” korzystnych inwestycji. A to mieszkania, jakaś posiadłość kilkanaście kilometrów od miasta, współudział w budowie knajpy, hotelu, sklepów, kończąc na pomocy w przerzucie dziewczyn do burdeli w Skandynawii. Nie mówiąc o małżeństwach.

Miałem szczęście. Ja, człowiek jak wydawało mi się rozsądny i niezależny od instytucji u siebie, tutaj szybko stałem się bezradny. Mało kto rozumiał po angielsku, nie lepiej było z niemieckim, więc z dogadaniem się miałem wielki problem. W stoczni jeszcze pół biedy, bo widywało się ludzi z zachodu na kontraktach, więc można było pogwarzyć kapkę, ale na ulicy – koszmar. Choć i tak Gdynia, jako miasto portowe, było w znacznie lepszej sytuacji niż inne ośrodki w tym kraju. To szczęście polegało na tym, że trafili mi się dobrzy „opiekunowie”. Pierwszym był Roman, człek żonaty i pobożny katolik, ojciec małego chłopca. Drugim ów gimnazjalista, Karol, chłopak bardzo bystry i obrotny zarazem, a także, choć lubił niewątpliwie szwedzkie korony – zaskakująco uczciwy. Z nimi też wiąże się szereg niezwykłych zdarzeń, które doświadczyłem w Polsce.

W Szwecji ludzie generalnie mogą mówić co chcą. No prawie, kiedyś panowała większa swoboda, choć nikt kategorycznie w sprawach rodziny królewskiej i religii się nie wypowiadał. Teraz sam doświadczyłem, jak to określają postępiaki – „mowy nienawiści” i jeszcze jeden proces cały czas się za mną ciągnie. W Polsce zaś czasu junty generała Jaruzelskiego ludzie najpierw oglądali się, a potem dopiero mówili, dobrze ważąc co. Komunistyczny regime był znienawidzony przez zdecydowaną większość, a szczególnie tu, w Gdyni. Kiedy przyjechałem, wciąż wielu opozycjonistów spod znaku „Solidarności” siedziało za przekonania, a nieostrożne słowo mogło zaprowadzić Polaka do pierdla, a dla obcokrajowca oznaczało wydalenie. Jak przy wódce, nad ranem w swym małym, wynajętym mieszkaniu, przy grającym magnetofonie powiedział mi Roman, w stoczni i na ulicach było bardzo wielu kapusiów. Gdy wyraziłem zdumienie dodał, że nawet w wierchuszce związku zawodowego byli tacy, co za pieniądze donosili na kolegów. Ale z drugiej strony, w gronie zaufanych nie istniały tematy tabu i nie było politycznej poprawności, jak w Szwecji. Masowo wydawano nielegalne gazetki, wielkie bannery z komunistycznymi hasłami przykrywały nowe, „wolne” napisy lub zamalowywano je. W dniach rocznicowych na ulice wychodziły tysiące ludzi by demonstrować i sam byłem świadki starcia tłumu z pancernymi wozami i armatkami wodnymi policji, z maszerującymi setkami tarczowników-knechtów przeciwko robotnikom i studentom uzbrojonym w kamienie i drągi. Pamiętam, jak zaciskały mi się pięści z bezsilnej złości.

Lecz rzeczą, którą najbardziej podziwiałem była codzienna krzątanina i zapobiegliwość tych ludzi. U nas kłopoty masz jedynie z zakupem alkoholu. Tam zaś gorzałę, tanie wina i piwo można było kupić praktycznie wszędzie i był to najbardziej dostępny towar. Ja żywiłem się w hotelu i dostawałem jedzenie w stołówce stoczniowej, lecz oni po pracy ruszali w miasto na polowanie. Szybko i ja, jako człowiek ciekawy, ciekawski raczej dałem wciągnąć się w kolejkowe życie.

To był piękny dzień. Po fali upałów nadszedł rzęsisty deszcz, który umył szare miasto i odsłonił kolory, odetkał powietrze z kurzu i dał wreszcie swobodniej odetchnąć. Po kolejnych godzinach w hali, gdzie mozolnie uczyłem ludzi pracy na różnych rodzajach stali wreszcie można było wyjść i odetchnąć. Roman chyba czuł to samo, tym bardziej że na około kwadrans zniknął, po czym wrócił z tajemnicza miną.

- Bardzo się spieszysz do domu? Napiłbym się piwa… - mruknąłem zachęcająco.

Był zaskoczony, ale popatrzył na mnie uważnie, po czym przyjacielsko klepnął po ramieniu.

- Dobrze, ale pomożesz mi załatwić coś.

Szybciej niż zwykle zakończył zajęcia ze spawaczami, po czym popędziliśmy do kantorka by przebrać się. Nie brałem prysznica, gdyż warunki sanitarne były… powiedzmy że ciężkie, więc spoceni i cuchnący fabryką ruszyliśmy w miasto. Wilgotność powietrza była duża, woda parowała z betonu i asfaltu, wyduszając z człowieka chęć życia. Lecz Roman rwał jak chart: mijaliśmy zaułki i podwórka, przeskoczyliśmy przez płot i torowisko aż znaleźliśmy się na nowym osiedlu, przy pawilonie handlowym. Rzut oka wystarczył Romanowi, by rozpoznał sytuację. Kazał mi wejść do sklepu i ustawić się w kolejce. Wszedłem do dusznego wnętrza czując, że zaraz padnę. Ogonek liczył z piętnaście, głównie starszych osób, cicho między sobą gwarzących, stojących w pewnym oddaleniu od lady. Po chwili Roman wparował, witając się z co poniektórymi, po czym stanął za mną. Zaraz też rozpoczęła się dyskusja, która coraz bardziej rozpalała. Ludzie wymieniali się nazwami, z których rozpoznałem bodajże „papier” i „olej”. Napięcie wokoło powoli narastało, kilkoro kolejkowiczów poczęło się nerwowo kręcić, spoglądając to na zegarki, to na leniwie kręcące się za ladą niewiasty w stylonowych fartuchach, to na drzwi.  Roman wcisnął mi ukradkiem w dłoń kartkę, po czym także wpadł w ów nerwowy nastrój. Zerknął na papier: pisało tam, że na drugiej stronie mam listę zakupową i muszę się jej nauczyć po polsku, po czym prosić o towary powoli i pojedynczo. Odwróciłem i zdębiałem. Z dziesięć pozycji naskrobanych fonetycznie. Odwróciłem się do Romana, lecz on powiedział do mnie kilka słów podniesionym głosem, okręcił się na pięcie i wyparował ze sklepu. Zaraz za nim ruszyło kilka osób, także z kolejki przed nami, więc stojący a mną przepchnęli mnie do przodu. Cóż miałem zrobić? Czułem się jak przemytnik na granicy, albo bohater filmu wojennego, przewożący broń w czasie kontroli. Stałem tak mokry jak szczur, zerkając na tekst i mamrocząc go po cichu, by wbić w mózg. Potem zacząłem rozglądać się po sklepie. Wyglądał na spożywczy, lecz były tam też wyroby chemiczne, papiernicze i nawet jakaś odzież. Nagle oko spoczęło na pustej półce z wypisanym ręcznie kartonikiem i doznałem olśnienia. Masło. Tak mówiła to żona Romana. Maso… nie masto, nie… maslo, mastlo – tak, to była poprawna wersja. Wyciągnąłem szyję i począłem szukać kolejnych napisów. Jedno czy dwa słowa pojawiły się w rozmowie współstaczy i dały szansę na poprawę mojej polszczyzny.

Poczułem silne pchnięcie, lecz nie przewróciłem się, bo mój brzuch wparł się w plecy starszej, pulchnej niewiasty stojącej tuż przede mną. Moje jęknięcie z powodu zmieszania się potów i zapachów oraz bezceremonialności utonęło w narastającym gwarze podniecenia. Kobiety za ladą poczęły wnosić do środka skrzynie i kartony z towarem i błyskawicznie układać jego część na półkach. Nasz kolejkowy szyk zwarł się drżąc z emocji (ja z obrzydzenia). Padały szybkie pytania, z których rozpoznałem „po ile?”, domyślając się, że chodzi o doraźnie przyznawane ludziom limity sprzedaży towaru. Rozejrzałem się, lecz Romana nie było. Nie chodziło o pieniądze, lecz przecież on powinien mnie zastąpić! I gdzie ten cały zakup mam włożyć? I wtedy stała się rzecz zaskakująca. Z tyłu przepchała się pachnąca tanimi perfumami, mocno umalowana niewiasta i stanąwszy dwa miejsca przed mną coś rzekła, a starszy mężczyzna skinął głową, wyraźnie wpuszczając ją przed sobą. Zza pleców odezwały się protesty, lecz stojący już przy ladzie odezwali się, widocznie potwierdzając jej prawo przebywania tu. Kolejni co stali, a uprzednio wyszli, wchodzili do napchanego sklepu wywołując poruszenie. Słyszałem ostrą kłótnię i narastające głosy. Wysoki młodzian o kostropatej twarzy w  spranym T-szercie przepchał się z tyłu i zderzywszy się z moim spojrzeniem wyciągnął dłoń i rzekł coś kategorycznie do stojących z mną. Niewiasta, której biust wbijał się w moje plecy gniewnie odparła, lecz napastnik nie reagował, więc szarpnęła mnie za ramię i krzyknęła gniewnie w twarz, wskazując jednocześnie na kostropatego. A mnie przypomniały się słowa Romana, które kierował do co bardziej bezmyślnych spawaczy. Moja twarz stała się twarzą Wikinga:

- Co kurwa robisz człowieku! – ryknąłem tamtemu prosto w twarz. Napastnik zawahał się na moment, a kolejka zwarła szyki. Byliśmy teraz jak w wikińskim murze tarcz – niepokonani. Kostropaty warknął coś ze złością i zmył się. Rozległy się pochwalne okrzyki niewątpliwe skierowane do mnie, lecz sprzedaż ruszyła i nasz „mur ciał” zaatakował ladę. Niewiele dalej pamiętam, kobieta z tyłu pomogła mi w zakupach, jeszcze coś tam doradziła mówiąc za mnie, więc wyszedłem z wielkim kartonem prowiantu na dwór, na słońce i świeższe powietrze kompletnie wyczerpany.

- Wow, ale dałeś sobie radę! – Roman walnął mnie z uznaniem w plecy  i sprawnie począł przekładać towar do siatek.

- Dlaczego ty nie byłeś ze mną? Wiesz… - podniosłem nań głos, lecz on nie zwracał na moje utyskiwania. Ze swojej podniszczonej, skórzanej teczki wydobył kolejne żyłkowe siatki i niemiłosiernie dopychał w nie kartoniki, pudełka, zawiniątka.

- Schabik zdobyłem – powiedział po polsko-angielsku z błyskiem w oku i odwinął z szarego papieru kawał mięcha. – Jutro zapraszam na wyżerkę. Zobaczysz, jak moja żona to przygotuje! – cmoknął i pokazał białka oczu, co zapewne było tubylczą oznaką najwyższego uznania. Po chwili porzuciliśmy pusty karton i trzymając po dwie-trzy siaty w każdej z dłoni ruszyliśmy parnymi ulicami kierując się od centrum ku dzielnicom wyżej położonym.

- Napiłbym się piwa… - mruknąłem naprawdę znużony.

Roman nie zmniejszając tempa marszu spojrzał na mnie badawczo, po czym skinął głową  i niespodziewanie przystanął. Przemaszerowałem kilka kroków zanim także stanąłem. Wokoło przechodzili mieszkańcy Gdyni rzucając nam krótkie spojrzenia i badając zawartość naszych siatek. Jakaś damulka około pięćdziesiątki zatrzymała się koło mnie i zadała krótkie pytanie zerkając na siatki. Widząc brak zrozumienia, który zapewne uznała za brak międzyludzkiej solidarności, fuknęła coś nieprzyjemnie i zadzierając dumnie głowę ruszyła na poszukiwanie łupów.  

Roman ruszył gwałtownie, zachęcając mnie szybką komendą. Kilka zakrętów, przez które straciłem zupełnie orientację w terenie, jakieś podwórka, stare samochody, kopiące piłkę dzieciaki i niespodziewanie znaleźliśmy się na zapleczu kilkudziesięcioletniej kamienicy, w głębokim cieniu, w wyraźnym odorze moczu.

- Czekaj! – Roman bezceremonialnie zabrał mi jedną z siatek wciskając jednocześnie pozostałe swoje. Syknąłem z bólu, bo żyłkowe siaty boleśnie wciskały się w dłonie.  

Podszedł do stalowych, łuszczących się szarą farbą drzwi i nacisnął na dzwonek. Kilkakrotnie powtórzony sygnał, spowodował w końcu reakcję. Zamek szczęknął i ze szczeliny między stalowymi płytami błysnęło elektryczne światło.

Męski głos o coś zapytał, Roman szybko podał odpowiedź i drzwi zatrzasnęły się. Mój druh spojrzał w moją stronę, lecz głęboki cień maskował wyraz twarzy. Jego ciało wciąż było napięte, lecz widać było wyraźnie, że jest zmęczony.

Czułem strużki potu cieknące po plecach, brzydki zapach potu buchający spod przemoczonej koszulki, piekące pod powiekami oczy, ból mordujących me dłonie, wcinających się w nie żyłek.  Lecz najgorszy był wysuszony na wiór język i wnętrze nosa, przez które przelatywało rozpalone powietrze. Zakręciło mi się w głowie i miałem już klapnąć na brudny beton, gdy niespodziewanie drzwi otworzyły się wrota i wynurzająca się z nich ręka zaprosiła nas do środka.

Było duszniej, lecz zdecydowanie chłodniej.

Barczysty, zarośnięty mężczyzna ze sporym brzuszyskiem wyciągnął na powitanie spoconą dłoń, po czym gestem pokazał drogę. Roman musiał ją dobrze znać, bo bez wahania ruszył między regałami, skrzynkami i komorami oddzielonymi drucianą siatką. W moje nozdrza uderzył zapach niezbyt świeżych warzyw, chyba ryb, pleśni i kwaśnego alkoholu. Za nijakiego koloru drzwiami znalazłem się w sporym pomieszczeniu, które miejscowi nie wiem dlaczego zwali kantorami. Wysiedziane, ale fotele, dość elegancki stolik kawowy, potężne biurko i regał na segregatory tworzyły królestwo Władka, pana na sklepie wielobranżowym, gdzie zaopatrywali się marynarze i ich rodziny, a także miejscowa, partyjna arystokracja.

- Gorąco? – było to bardziej stwierdzenie. Mężczyzna badawczo przyglądał się mnie, oceniając mój żałosny stan. Na tyle poznałem już polski, że skinąłem głową.  Pan Władek wstał z fotela  i wyszedł na moment. Wymieniłem z Romanem spojrzenia, mrugnął porozumiewawczo i lekko uśmiechnął się. Przez uchylone drzwi dobiegały nas odgłosy pracy sklepu, monotonne i bez śladów typowej w innych, podobnych placówkach nerwówki. Jak potem wyjaśnił gospodarz, miał lepszą jakościową klientelę, która na zasadzie niepisanego porozumienia nie żołądkowała się, za co otrzymywała więcej i lepsze towary.  Pan Władek wniósł trzy butelki piwa, sprawnie odkapslował i podał je. Flaszka była cudownie chłodna, piwo – zapewne jakaś lokalna marka – najlepszym napojem, jaki w życiu piłem. Mój instynkt przetrwania kazał mi wyguglać natychmiast całość, beknąłem potem wywołując  szczere uśmiechy moich towarzyszy, którzy wyraźne rozbawieni komentowali moje zachowanie.

- Chce jeszcze? – pan Władek, zapewne uprzedzony przez Romana powiedział to powoli i głośno.

 - Tak, poproszę. – sapnąłem z ulgą. Władek ponownie zniknął, po czym wrócił targając na brzuchu skrzynkę z butelkami. Otworzył kolejną i podał mi. Teraz piłem już wolniej, bo i napój był ciepławy a i smak wyraźnie słabszy.

- To dla nas. – Przyjaciel wskazał wzrokiem.

- Aż tyle? – zdumiałem się.

Roman skrzywił się, co mogło znaczyć i tak i nie. Odrzekłem, że ja zapłacę, co obaj panowie przyjęli ze zrozumieniem i przeszli do omawiania swoich spraw. Władek coś tam budował pod miastem, a Roman pomagał mu zdobywać materiały i wykonywał jakieś prace. Po chwili rozmowa przeszła na mój temat, a pan Władek z uniesionymi brwiami, i oczekiwaniem w oczach spoglądał z wysokości swego fotela na zmęczonego Szweda.

- Lasse… - z pewnym wahaniem rozpoczął Roman – słuchaj, Władek ma pewną propozycję.

Widząc moje zdumienie pośpieszył z wyjaśnieniem:

- Nie chodzi o korony, nie. Otóż, buduje on dom wypoczynkowy nad jeziorem na Kaszubach. W zasadzie wszystko jest gotowe, ale trzeba wykonać jeszcze armaturę, to znaczy skończyć wodociąg i stopnie do wody w jeziorze – słowem trzeba pospawać w aluminium i specjalnej stali, którą ja załatwiłem. Za to mamy cały weekend z wyżerką i piwem załatwiony, a potem, będzie można wpadać tam co jakiś czas, by popływać, połowić ryby, na grzyby… - kusił przyjaciel. Władek dorzucił szybko kilka słów, zapewne potwierdzenia tego, co mówił Roman.

Poczułem się zobowiązany a jednocześnie mocno odprężony piwem. W końcu odparłem po angielsku:

- Czemu nie? Nie mam żadnych planów…

Roman rozpromienił się i skinął Władkowi, który wyszczerzył do mnie żeby i wyrzucił z siebie potok szeleszczącej polszczyzny.

- Mówi, że odwdzięczy się. Wiesz, dobrze nam idzie w zespole, więc weźmiemy to piwo, skoczymy jeszcze do Eldomu, gdzie wpiszę obecność na liście kolejkowej na pralkę automatyczną i skoczymy w jedno miejsce. Będziemy przechodzili koło twojego hotelu, więc może zostawimy zakupy…

Pożegnaliśmy się z Władkiem jak starzy kumple i wyszliśmy na skwar. Tym razem szliśmy jakimiś zacienionymi fragmentami ulic, więc nawet bardzo nie spociłem się, kiedy znaleźliśmy się pod hotelem. Roman oddał mi siatki (oprócz dwóch) i dał pięć minut czasu. Zdołałem jedynie ochlapać się i trysnąć dezodorantem, po czym byłem na dole. To piwo zrobiło mi dobrze. Idąc obok Polaka wydłużonym krokiem zaczynałem pojmować miejscowe życie. Tak jak młody wilk obok starego, który  uczy się łowów. Jeszcze przed Romanem dostrzegłem ogonek przed sklepem z telewizorami i po zachowaniu się ludzi dostrzegłem, że ONI kupować teraz nie będą. To była ta kolejka z listą, sprawdzaną przez jakiegoś jegomościa otoczonego damsko-męską obstawą, zerkających na zeszyt. Po kwadransie wreszcie Roman potwierdził swoją obecność i podpisał coś, po czym ruszyliśmy dalej. Nie był specjalnie zadowolony, bo kolejka w tygodniu niewiele się posunęła, na ale były wakacje, więc fabryki pracowały na pół gwizdka. Tak mi powiedział, lecz ja na tyle poznałem miejscowe realia, że wiedziałem, iż wstydzi się za tę gospodarkę i cały bajzel.

Mnie to też coraz bardziej dziwiło, bo generalnie, kiedy byli zmotywowania Polacy pracowali jak szaleni, byli też staranni i dokładni. Lecz przede wszystkim cechowała ich niezwykła pomysłowość i zaradność, której i ja, człowiek z kapitalizmu aktualnie się uczyłem. By przełamać lody w rozmowach, często mówiłem im, że gdyby żyli w kapitalizmie, to w kilka, kilkanaście lat zawojowaliby świat. Słysząc to natychmiast rozglądali się bacznie, a gdy nie było nikogo szczerzyli zazwyczaj zaniedbane zęby ciesząc się z komplementu.

Nad morzem poczęły gromadzić się chmury zwiastujące burzę, gdy niespodziewanie dla mnie zatrzymaliśmy się na zaniedbanym podwórku, gdzie stała przyczepa mieszkalna z zakratowanymi, niewielkimi okienkami. Nieopodal, między garażami grała w piłkę gromada dzieciaków, dziewczynki grały w klasy a niewiasty wieszały na sznurach pranie. Jakbym cofnął się w czasie i miejscu do południowych Włoch, w lata zaraz po wojnie. Przed dostawianymi schodkami budy zabudowanej na przyczepie stało kilka osób, trzymających paczki z gazetami, kartonami i starymi książkami.

- Co to za miejsce? – zapytałem nie widząc czemu ściszając głos.

- Nasz cel ostateczny. – Odparł zagadkowo Roman i stanął przy schodkach. Stanąłem w pewnym oddaleniu, podejrzliwie przyglądając się otoczeniu. Na pewno nie było to najbardziej reprezentatywne miejsce w Gdyni, a stojący przed Romanem ludzie byli faktycznymi menelami obu płci. Brudni, cuchnący niemytymi ciałami i przetrawionym alkoholem. Roman odcinał się od nich jak primadonna, lecz negatywne bodźcie, które najpewniej odczuwał, widocznie na niego nie działały. Wewnątrz przyczepy urzędował człowiek tytułowany „panem Kaziem”, któremu kolejkowicze podawali kolejne paki, a które ten ważył na antycznej wadze. A zatem było to lokalne centrum recyklingu, może jakaś oddolna inicjatywa, sądząc po wielkości i prymitywizmie miejsca. Niedaleko stoczni był też złomowiec, ludzie w sklepach oddawali butelki, więc musiałem ze zdumieniem przyznać, że komuniści ostro wzięli się za ochronę środowiska. A nawet powstawały takie lokalne inicjatywy! Wkrótce też za Romanem ustawiła się trójka młodzieży szkolnej z dwukołowym, ręcznym wózkiem wypełnionym papierzyskami. Czyli młode pokolenia także.

Z zamyślenia wyrwały minie podniesione głosy: jeden z meneli o coś wykłócał się z panem Kaziem, który w całej swej niepozornej krasie stanął w drzwiach, czerwony na niedogolonej twarzy, zniszczonym głosem odgryzający się oponentowi. W końcu stojący przed Romanem dwaj menele włączyli się w dyskurs, wyraźnie po stronie pana Kazia i krzykacz powarkując jak niepyszny oddalił się. Zaciekawiony podszedłem do Romana, przezwyciężając obrzydzenie.  

- Wiesz, że tacy jak ci wzięli się za ochronę środowiska… - mruknąłem z uznaniem.

Podniósł na mnie wzrok z wyrazem zdumienia wypisanym na twarzy.

- Środowiska? – Powtórzył, po czym roześmiał się, przyciągając uwagę kolejkowiczów.

- To nie ochrona – ściszył głos – to podstawowe potrzeby. To jest szczyt góry lodowej wszystkich powiązań.

Pan Kazio jest pijaczkiem i niezłym żulem. Od takich lepiej trzymać się z daleka. Ale i on ma swoje powiązania, dzięki któremu dostaje towar najbardziej deficytowy w tym kraju. Trudniej jest go kupić niż kawior. Ale teraz patrz i ucz się.

Zrobiłem krok w bok i przyglądałem się procedurze. Menel podawał panu Kaziowi oprawione w grube oprawy księgi, które wyglądały na zupełnie nie czytanie. Ich grzbiety pyszniły się bordową czerwienią i tłoczonymi, złotymi literami, lecz na nikim nie robiło to wrażenia. Za to były wyraźnie ciężkie, bo twarz sprzedawcy pokraśniała z zadowolenia. Kilka banknotów i garść monet szybko zmieniło właściciela, ale najważniejszy był kwitek, który wydał pan Kazik. Człek spojrzał na zapis, cmoknął w zadowoleniu i szybko znikł. Roman nie miał żadnego papieru na sprzedaż, lecz w jego dłoni pojawił się pliczek podobnych kwitków. Pan Kazik otaksował je podejrzliwie, po czym skrzywił się i coś szybko rzekł, z czego zrozumiałem, że „nie ma”. Roman pokiwał głową i uniósł materiałową siatkę, w  której ukrytych było pięć flaszek piwa. Pan Kazik skinął głową, lecz widocznie to Romana nie zadowoliło. Wspiął się do środka i sam zatrzasnął drzwi. Zaskoczony postąpiłem ku schodom sądząc, że zaraz będę musiał udzielać przyjacielowi pomocy, lecz ze środka nie dochodziły żadne, niepokojące odgłosy. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Roman:           

- Chodź szybko!

Wspiąłem się do cuchnącej, zakurzonej przyczepy i znieruchomiałem w półmroku. Wokoło pojawiły się ręce trzymające jakiś dziwny przedmiot, coś zarzucono mi na szyję, następnie podobny przedmiot zawisł z drugiej strony.

W świetle słabej żarówki dostrzegłem, jak Roman wciska panu Kazikowi paczkę najlepszych elektrod, które nawet u nas w stoczni, w Szwecji kosztują sporo. Uścisnęli sobie dłonie z panem Kaziem i ponownie wyszliśmy na powietrze. Zdumiony dostrzegłem, że i mój druh  przewiązany jest dwoma sznurami, na których wiszą rolki papieru toaletowego, jakości przypominającej papier ścierny, lecz tu cenionego ponad wszystko – nawet kawior i szampana. Twarz Romana jaśniała z zadowolenia, na chwilę przystanęliśmy by poprawić nasze sznury, które mi przypominały pasy napoleońskich gwardzistów. Wyszliśmy na jedną z głównych ulic natychmiast ściągając zazdrosne spojrzenia i komentarze. Ludzie oglądali się, samochody zwalniały, a my z Romanem kroczyliśmy swobodnym, pewnym siebie krokiem, wprost na nadciągające od morza burzowe chmury. I wiecie co? Wtedy poczułem się królem życia.

[1] W Szwecji gimnazjum odpowiada naszemu liceum.

[2] Wokalista brytyjskiej grupy Mud.

Gdzie kupić książkę?
  • Książka "Wojna bogów" dostępna jest m. in. w księgarni w Centrum Handlowym "Ogrody"
  • "Bunt starych bogów" już w księgarniach