VT iRepair - шаблон joomla Авто

ze zbioru „Dziennik snów”

Tej nocy spałem fatalnie. Fatalnie – to fatalne słowo, ale w moim słowniku brak odpowiedniego, więc przy nim zostanę. Wszystko przez tę tragiczną pogodę, która zaatakowała całą północ kraju w połowie października, po serii ciepłych, słonecznych dni. Tak jak większość kierowców, do ostatniej chwili zwlekałem z zamianą opon na zimowe, a zresztą pewnie i nówki-zimówki niewiele by pomogły. Wracaliśmy samochodem z Mazur, z pikniku zorganizowanego przez naszych przyjaciół – tych bardziej zasobnych, których było stać na ładny domek z kawałkiem pola przy jeziorze. Przez trzy dni świetnie bawiliśmy się, wiadomo: grillowanie, piwko, ostatnie kąpiele, dla chętnych rybki lub grzybki, dzieciaki szalejące w krzaczorach, wspomnienia i marzenia – słowem – pełen relaks. Już w niedzielę, po mszy w miejscowym kościółku, pogoda zaczęła się psuć – zaczął wiać lodowaty wiatr, rwąc różnobarwne listowie z drzew. Poczęło siąpić psując nasze plany na kajakowanie. Przy obiedzie pojawiły się w powietrzu wirujące płatki śniegu przyśpieszając naszą decyzję o wyjeździe. Mieliśmy około 250 kilometrów do przejechania krętymi, wąskimi i nie najlepszymi drogami. Dzieciaki buczały na decyzję o rozstaniu z przyjaciółmi, lecz ich rodzice szybko żegnali się, dopychając bambetle w bagażniku.

 

Przez pierwsze trzydzieści kilometrów wydawało się, że zwyczajnie ulegliśmy panice, aż wyjeżdżając z lasu zderzyliśmy się ze ścianą wirującego śniegu. Samochód prawie stanął, potem zaczął walczyć z moimi dłońmi trzymającymi kierownicę. Dostawczaka  tuż przed nami zdmuchnęło do rowu, ja nie zatrzymałem się, by pomóc sterroryzowany przeraźliwym wrzaskiem żony. Dalej niewiele już pamiętam, poza tym, że modliłem się głośno starając się utrzymać na drodze, omijając inne, robiące piruety pojazdy i zastanawiając się, kiedy w końcu nas trafi gałąź albo pęknie opona na zalegających szosy szczątkach. Po blisko sześciu godzinach byliśmy w domu, dałem radę wnieść walizki, zdjąć buty i urwał mi się film.

Rankiem, w poniedziałek zbudziłem się zlany potem, zmordowany, pełen migających przed oczyma obrazów, których nie spędzały obrazy pojawiające się na kuchennym telewizorze, ani przesuwające się sylwetki domowników. Tej nocy ewidentnie coś się ze mną stało. Coś, co zostawiło w duszy i podświadomości niepokojący ślad. Pamięć podsuwała strzępki wspomnień, że kiedyś, w zamierzchłych, czasach, coś takiego też mnie spotkało i skutki były… nieciekawe.

 

***

Wachmistrz policji kryminalnej, Otto Scheppke, stał przed otwartymi drzwiami szafy na dokumenty, zerkając na niewielkie lusterko stojące na półce, by skontrolować swój wygląd. Mundur z nowymi epoletami, starannie wygolona twarz, regulaminowo przycięte włosy, wąsy, bokobrody. Lekko skrzywił się: te dwa ostatnie elementy nie osiągnęły rozmiarów i kształtu, których u wachmistrza należałoby oczekiwać. No cóż, na to przyjdzie czas. Tak jak i na…

Energiczne pukanie do drzwi zakończyły autoprezentację. Zamknął drzwi i obniżając głos rzekł donośnie:

- Wejść!

Klamka skrzypnęła, w powstałej szczelinie pojawiła się dziobata twarz policjanta Wagnera, która pochyliła się w ukłonie. Scheppke ponaglającym gestem kazał wejść mężczyźnie, który karnie wyprężył się.

- Jest wezwanie, panie wachmistrzu. Do cyrku…

Scheppke uniósł brwi.

- Przybiegł chłopak - przy klatce tygrysa znaleźli ciało. Jest tak roztrzęsiony…

- Tygrys?

Wagner zamrugał zaskoczony. Pochodził z Hesji, jego niemiecki znacznie różnił się od prusackiego.

- Nie, chłopak.

- Dobrze, wołajcie go tu. Szykować konie, zaraz ruszamy.

Wagner trzasnął obcasami i wyszedł, a Scheppke odetchnął głęboko. Komendant posterunku przebywał na leczeniu, jego zastępca wyjechał na szkolenie, a tu dla niego taka sprawa! Swój zdecydowanie szybszy awans zawdzięczał nie tylko problemom kadrowym pruskiej policji, ale i kilku błyskotliwie rozwiązanym sprawom kryminalnym. Już widział się w mundurze komisarza i w prezydium policji w nieodległym Elbingu, a może nawet i Königsbergu.

Cyrk rodziny Mullerów zjechał do Braunsberga[1] cztery dni temu, robiąc objazd Prus w czasie letniej kanikuły. Dla takiej miejscowości, gdzie z nudów każda plotka, każda kłótnia w rodzinie stawała się regionalną sensacją, było to wielkie wydarzenie, przez wiele lat komentowane. Wozy stanęły na polu miejskim, gdzie czasami ćwiczyło musztrę wojsko, gdzie odbywały się targi zwierząt i dożynki. Silnemu, siwemu wałachowi zajęło dziesięć minut kłusem, by dowieźć zastępującego komendanta funkcjonariusza na miejsce. Scheppke wcześniej dobrze poznał rozłożenie wozów, klatek, namiotów – wczoraj cały ekipaż policji, wraz z wspierającymi ich strażakami utrzymywał porządek w tłumie głodnych rozrywki mieszczan i okolicznych rolników, którzy pomimo prac polowych, zwalili się gromadnie.

Teraz tłumu nie było, lecz przy stojących nieco na uboczu klatkach dla zwierząt stało kilkanaście osób, wyraźnie podekscytowanych. Wachmistrz zgrabnie zsiadł i sprężystym krokiem, poprzedzany przez najmłodszego z funkcjonariuszy, Sawatzky’ego, pomaszerował ku zgromadzeniu.

- Przejście dla komendanta! – wykrzyknął kilkakrotnie Sawatzky, zmuszając cyrkowców do rozstąpienia się. Scheppke wyminął dwie niewiasty w peniuarach, mocno  szlochające i niedomytego clowna, kierując się ku górującej nad zebranymi sylwetce Herr Franza, dyrektora instytucji. Ten, na widok policyjnej pikielhauby, wyraźnie odetchnął i przepchał się ku Scheppkemu.

- Pan wachmistrz, a u nas taka tragedia… Sam nie wiem jak, przecież pilnowaliśmy zwierząt, jak zwykle…

Scheppke niecierpliwym ruchem odsunął Mullera i stanął, z całej siły walcząc, by nie zwymiotować. Na szczęście, pozostali byli za nim. Usłyszał jak Sawatzky zduszonym głosem przeklina, a następnie gulgocząc, przebija się przez cyrkowców. Chwilę trwało, zanim ponownie odważył się spojrzeć na to, co zostało z człowieka. Korpus z nogami, połowa lewej ręki, może mniej, wszystko czerwono czarne od zakrzepłej, rojącej się do much krwi. Tam gdzie powinna być głowa, było coś na kształt rozłupanej główki czerwonej kapusty.

Obok leżał przeciwpożarowy bosak, którym zapewne odciągnięto nieszczęśnika od leżącego w głębi klatki, leniwie spozierającego złotymi oczami tygrysa.

- Czy jest jakiś świadek? – wydusił w końcu z siebie, lecz nie słysząc reakcji, odwrócił się i zapytał ponownie, znacznie dobitniej:

- Czy ktoś widział to zajście?

Zapadła cisza, w końcu do pierwszego szeregu przecisnął się niewysoki mężczyzna z torreadorskim wąsikiem, którego Otto zapamiętał jako tresera.

- Jaa, to znaczy nie widziałem jak Radża zaatakował, lecz przybiegłem, gdy usłyszałem krzyk…

- Proszę opowiedzieć! Nie, chwileczkę, - wachmistrz opanował się – Wagner, odesłać tych ludzi gdzieś na bok i spisać nazwiska do przesłuchania. Sawatzky, na koń i sprowadzić mi tu wszystkich wolnych ludzi. Potem zajedziecie do grabarza, by zajechał tu swoim wozem. Powiecie mu, żeby odpowiednio się przygotował. A pan dyrektorze Muller – proszę przygotować kawał materii, by zakryć szczątki tego nieszczęśnika.

 

***

Podkomisarz Ludwik Krajewski miał dość. Choć wciąż był na służbie, kazał zjechać prowadzącej służbową Meganę sierżant Wieczorek w boczną drogę, a następnie stanąć pod lasem, w pobliżu mostka nad strumieniem. Która to godzina służby? Stracił rachubę, ale na pewno ponad trzydziesta. Karolina zresztą też ledwie żyła, choć próbowała przed „nowym” grać twardzielkę.

- Tu kiedyś ze swoim starym na rybach byłem – rzucił niespodziewanie i nacisnął klamkę. – Idę, no wiesz, potem cię zmienię. Z trudem wyszedł z ciepłego wnętrza samochodu na przedwieczorny skwar i podreptał za najbliższe krzaki. Zaraz opadły go insekty, więc zrejterował pośpiesznie dopinając spodnie.

- Cholerne muszyska – mruknął rozeźlony. – Chciałem zdjąć na moment buty i wymoczyć kopyta w rzeczce, ale by mnie żywcem pożarły. Jak chcesz, to idź rozprostować kości. Zaproponował i machinalnie położył dłoń na pokrętle klimatyzacji. Zaklął brzydko, gdy przypomniał sobie, że w ostatnim funkcjonującym w rejonie wozie tej marki pożałowano kasy na nabicie klimy, przez co praktycznie nie działała. Opuścił za to oparcie siedzenia tak, aby oczy znalazły się na linii okna, by móc zerkać na podrygującą Karolinę. Kobieta wyginała ciało we wszystkie strony, podskakiwała, starając się dać choć trochę nowego życia zastygłym stawom. Jej mundurowa bluza ciemniała od potu i pomimo, że starała się dyskretnie przetrzeć pachy sztyftem, zapach też był średni.

Zrezygnowany przeciągnął dłonią po szczecinie twarzy i chuchnął w przyłożoną do nosa dłoń. Skrzywił się z niesmakiem i z nadzieją spojrzał na elektroniczny zegarek migający pomarańczowymi diodkami.

Światowe Dni Młodzieży ściągnęły do kraju miliony ludzi, a dla ich bezpieczeństwa wszystkie komendy i posterunki zostały zmuszone do wysłania tysięcy funkcjonariuszy na południe kraju. Ci, którzy pozostali nad Bałtykiem, musieli obskoczyć niekończące się dyżury. Karolina jako jedyna z drogówki pozostała w Pasłęku, gdyż miała chorą matkę, wymagającą nieustannego nadzoru. On także został, gdyż był niedawno promowany, a w Krakowie potrzebowali doświadczonych. Tak więc od kilku dni, z bardzo krótkimi przerwami patrolowali siódemkę, łapiąc drogowych piratów na przemian z wykonywaniem domowych interwencji.

Radio zatrzeszczało. Ludwik uchwycił mikrofon i nacisnął przycisk.

- Czwórka… - mruknął zrezygnowany.

- Mamy nagły wypadek, jakiś wariat łazi po barierce wiaduktu na zjeździe Pasłęk północ. Jedźcie go ściągnąć, zanim narobi bigosu.

Radio trzasnęło statyką i zamilkło. Ludwik zmełł przekleństwo w ustach i otworzył okno.

- No, pani sierżant, potrzebują nas!

Zjazd z „siódemki” dużo wcześniej zaanonsowały gwałtownie hamujące samochody i feeria czerwonych i pomarańczowych świateł. Podkomisarz zaklął szpetnie, kiedy Karolina gwałtownie skręciła na pas awaryjny o centymetry wymijając dostawczaka. Syrena i niebieskie światła Megany torowały im drogę ku wiaduktowi, który wyłonił się z oddali.

- Zobacz, stoi! – wydusiła z siebie sierżant.

- Patrz, jak jedziesz! – warknął w odpowiedzi rozpinając pas i pochylając się ku desce, by lepiej widzieć. Ludzka postać stała na szarej barierce, machając rękoma dla utrzymania równowagi; obok dostrzegł kilka osób zapewne starających się namówić wariata do zejścia. Megana sprawnie zjechała z trasy i po serpentynie wjechali na niewielkie rondo. Tu drogę zatarasowały im gęsto upakowane pojazdy.

- Ściągnij wsparcie i wywal ich stąd! – krzyknął wyskakując z pojazdu. Schwycił czapkę i ruszył biegiem przez rozpalony asfalt ku krzyczącym i gestykulującym na wiadukcie ludziom. Postawny, długowłosy blondyn zdenerwowanym głosem klarował coś młodemu człowiekowi o rękach pokrytych kolorowym tatuażem, który stał odwrócony plecami do nich i wciąż się gibał. „Jezu, czemu jeszcze nie zleciał?” – zdumiała go własna obserwacja.

- Kto to jest! – krzyknął do długowłosego, który odwrócił się ku niemu gwałtownie. Twarz wydała mu się skądś znajoma.

- To golfista z Finlandii – odparł zapytany poprawną polszczyzną z wyraźnym obcym akcentem. – Mamy tu grupę z Turku, ale…

- Pijany, naćpał się?

- Nie, nie wiem, ściągnęli mnie tu jego koledzy – wskazał ruchem głowy stojących obok ludzi w różnym wieku, których wspólną cechą były koszulki polo i bawełniane spodnie.

- Trzeba go ściągnąć! Złapać!  – dodał, widząc, że długowłosy nie zrozumiał.

Przez moment mężczyzna wytrzeszczał nań oczy, po czym wyrzucił z siebie potok słów w nieznanym Ludwikowi języku do stojących obok mężczyzn.

- Jak to… - przerwał mu okrzyk przerażenia. Ludwik jednym susem przeskoczył  barierę energochłonną i schwycił nadgarstek spadającego golfisty. Ciężar tamtego pociągnął go z zaskakującą siłą i policjant grzmotnął w stalowe pręty ażurowej barierki. Poczuł jak spocona ręka tamtego wyślizguje się, więc w rozpaczliwym wysiłku, pomimo przeszywającego bólu żeber, drugą ręką chwycił Fina za kark, za koszulkę.  Zrobiło mu się ciemno przed oczyma i mało nie zemdlał, więc nie słyszał pełnych emocji okrzyków, ani nie czuł kilku ciał, które docisnęły go do sztachet barierki. Potem ktoś nim potrząsnął, jakaś twarz coś krzyczała. Wreszcie zdołał skupić wzrok na twarzy Karoliny.

- Luudwiik!

- Dobrze, już, słyszę – wydyszał z trudem, po czym zdołał odwrócić głowę. Grupa golfistów otaczała niedoszłego skoczka, który wytrzeszczał na nich oczy, jakby dopiero co obudzony.

- Zabieramy go do szpitala, muszą mu wziąć krew na prochy.

- I ciebie muszą zobaczyć – odparła sierżant. Spojrzał na bluzę mundurową, na której wyraźnie odbiły się ślady po pokrytych brudem stalowych szczeblach. Skinął głową i ciężko oparł się o barierkę.

 

***

Wachmistrz uniósł się z krzesła, by zerknąć poprzez przeszklone przepierzenie, oddzielające jego „kancelarię” od reszty posterunku policji. W poczekalni wciąż było kilka osób – cyrkowców i dwóch żurnalistów. Jeden miejscowy, a dugi z Elbinga. Minęło dopiero… - spojrzał na zegar. Matko, to już blisko pięć godzin, a te hieny się zleciały...

Ten z Braunsberga, lekko utykający weteran wojny z Francją, przymilny, a jednocześnie niezwykle wścibski i drugi – który mógłby w teatrze grać rolę lisa lub borsuka bez specjalnej charakteryzacji. 

Przesłuchania ciągnęły się mozolnie, niewiele wnosząc do sprawy, poza tym, co mówił treser i jeden z woźniców, który zajmował się także oporządzaniem zwierząt. Otóż wczoraj dawali dwa pełne przedstawienia, co nieczęsto się zdarzało w tak małej mieścinie. Ale skoro było tylu chętnych… Ten człowiek, około czterdziestu lat, kupił bilet, lecz zamiast szybko zająć miejsce, zaczął kręcić się po obejściu. Nikt nie zwróciłby na to uwagi, bo przecież obóz cyrkowców jest jedną z atrakcji, a zwierzęta kolejną. Ten zaś stał czas jakiś przed klatką z lampartem, potem, gdy odsłonili tę z bengalskim tygrysem, ich dumą, natychmiast się przeniósł, blokując zresztą widok dzieciom. Obywatele poczęli mu zwracać uwagę, lecz człek milczał uparcie nie reagując, więc któraś z dam poszła na skargę do obsługi. Woźnica, który był w pobliżu, bo to wiadomo, zawsze gdy ludziska się kręcą trzeba mieć ich na oku, podszedł do jegomościa i poprosił go, by odszedł nieco dalej. Człek zaś, zrobił kilka kroków do tyłu z oczami wciąż wbitymi w pysk zwierzęcia. Cóż, oni – cyrkowcy – spotykają na swojej trasie wielu wariatów – lecz ten miejscowy wydawał się niegroźny. Woźnica powiedział o nim treserowi, a ten przez chwilę stał na podeście swojego wozu przyglądając się mężczyźnie. Po czym orzekł, że to wieśniak, który pewnie pierwszy raz widział takie dziwo, i chciał mu się dobrze przypatrzeć.

Następnie zagrali program.  Radża wykonał swój popisowy numer skacząc przez płonącą obręcz, potem kładąc się koło tresera i tuląc go po swojemu. Cyrkowcy byli zaskoczeni, gdy ten sam człowiek pojawił się przed kolejnym spektaklem, lecz teraz gapił się na tygrysa z pewnej odległości, nie przeszkadzając innym. Woźnica miał go na oku, lecz wtedy doszło do zamieszania, bo małpka – kapucynka – zerwała pewnej damie kapelusz ze świeżymi owocami. Wiadomo, zaczął się rejwach i pościg, kobiety były oburzone, miejscowa chuliganeria gwizdała i wyła z uciechy, ledwie zdołali zapędzić ludzi do namiotu. Wtedy to, po schwytaniu małpy woźnica zauważył, że ów jegomość stoi tuż przy kratach klatki, a tygrys ze zjeżonym włosem po drugiej stronie ostrzegawczo szczerzy kły i głucho powarkuje.

Woźnicy włosy stanęły dęba, lecz skoczył po tresera, który błyskawicznie opuścił przyczepę i pannę Gertrudę, po czym powoli odciągnął wariata i uspokoił bestię. Występ tym razem się nie udał, Radża był bardzo nerwowy i agresywny, więc wykonał kilka najprostszych trików i trzeba było go zapędzić do klatki. A ów wieśniak? Cóż, choć miał bilet wygonili go i zniknął im z oczu. Aż do rana, kiedy znaleźli ciało. Pomimo że klatki ze zwierzętami zawsze umieszczane są między przyczepami opiekunów, że nikt nie wypił więcej niż zwykle, to nie słyszano żadnych niepokojących odgłosów, żadnego ryku, żadnego krzyku człowieka, który niepodobna, żeby obdzierany ze skóry i mordowany nie wydał z siebie głosu. A może oni wszyscy kłamali?

- Dziękuję panu za zeznania – zwrócił się do młodego, muskularnego mężczyzny, linoskoczka. Gdy ten wyszedł starannie zamykając drzwi, Scheppke spojrzał na Wagnera, który sporządzał protokoły.

- Musimy chwilę odetchnąć. Powiedz pozostałym, że mają stawić się tu… - zerknął na zegar – no, powiedzmy o trzeciej po popołudniu. Wy też idźcie coś zjeść, a ja zajdę do doktora, dowiem się, jakie obrażenia odniosła ofiara. Zajdę też do gospody na jednego, bo we łbie zaczyna mi się mieszać.

Doktor Bielecki nie był szczęśliwy, iż zerwano go tak wcześnie po mocno zakrapianych imieninach radcy tytularnego Weissa, lecz niezwykłość wezwania, przyniesiona przez przejętego posterunkowego zatryumfowała nad kacem i zwykłym zmęczeniem. Wypił mocną kawę i czym prędzej udał się dorożką do miejscowego szpitala. Tam już przywieziono nosze, a dwóch pracowników firmy pogrzebowej właśnie układało ciało na stole sekcyjnym. W swojej blisko dwudziestopięcioletniej karierze lekarza, wpierw także wojskowego chirurga w Magdeburgu, widział niezliczoną ilość ran, ale to, co leżało na metalowym stole sprawiło, że wzdrygnął się. Przez chwilę myślał intensywnie, wpatrując się w poraniony zezwłok, po czym otworzył drzwi i nakazał przechodzącej pielęgniarce, by stawił się doktor Mayer i siostra Klara, stara katolicka zakonnica, której szczerze nie cierpiał, ale tylko ona mogła zdzierżyć ten widok. Zdążył się odziać w podgumowany kitel, gdy wszedł internista. Z cichą satysfakcją Bielecki zauważył, że absolwent berlińskiej akademii wyraźnie pobladł. Jedynie Klara zrobiła znak krzyża nad zwłokami i podając narzędzia oraz odbierając wycinane narządy bezgłośnie modliła się. Podzielili się pracą, by przyśpieszyć badanie, bo choć kostnica znajdowała się w przyziemiu, to upał, zaduch i ciężka, nieprzewiewna odzież wyciskała z nich siódme poty. Wyczerpani lekarze wyszli na papieroska, zostawiając siostrę Klarę, by zajęła się sprzątaniem.

- Rozumie coś pan z tego, panie doktorze? – zapytał Mayer, zachowując zawodowy dystans.

- Cóż – Bielecki zaciągnął się dymem – to zaiste oryginalny przypadek, panie kolego. Mówiąc szczerze, czegoś takiego w życiu nie widziałem. A pracuję już blisko dwadzieścia pięć lat – dodał pośpiesznie.

- Taak, zaiste oryginalne – potwierdził młodszy lekarz, wpatrując się w odległy punkt na niebie.

- Panie doktorze, pan wachmistrz policji do pana – rozległ się za plecami głos pielęgniarki. Bielecki zgasił papierosa i z westchnięciem wszedł do budynku.  Wskazał policjantowi drogę do swego dyrektorskiego gabinetu.

- Cóż – spojrzał na mundurowego, gdy rozsiadł się wygodnie w fotelu za masywnym biurkiem, udekorowanym księgami i stertą papierów – to zaiste niezwykły wypadek.

Policjant lekko drgnął, lecz nie odezwał się.

- Obrażenia ciała wskazują na śmierć z powodu utraty krwi, panie wachmistrzu. Na klatce piersiowej odkryliśmy ślady pazurów, głęboko wbitych i nieprzesuniętych. Byłem z własnymi dziećmi na przedstawieniu wczoraj i oczywiście oglądaliśmy zwierzyniec, więc na tej podstawie mogę domniemywać, że zwierzę przyciągnęło nieszczęśnika do krat, prawdopodobnie lewą łapą. Ale śmierć miał powolną, a na pewno się…

-  Dusił? – wachmistrz poruszył się na swoim krześle.

- No właśnie, to jest zaskakujące. W jego żołądku i przełyku znaleźliśmy tygrysią sierść. To tak, jakby człek ten gryzł kota. Pewnie, gdyby go dokładnie obejrzeć, to takie miejsca u bestii z wyrwaną sierścią by się znalazły. Co więcej, część obrażeń na twarzy wygląda tak, jak gdyby zwierzę lizało go swym ostrym językiem, zdzierając też włosy…

- Ale przecież, część głowy jest… wyrwana, jego pierś, ramię… - Scheppke nie potrafił ukryć zdumienia.

- Fakt, te rany są, ale nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób powstały. Kraty uniemożliwiają tygrysowi ugryzienie, może jedynie łapę nieco wystawić, i to bokiem – tak pewnie trzymał biedaka, aby nie mógł się wyrwać. W każdym razie, to jest także opinia doktora Mayera, człek ten żył dość długo po schwytaniu nim umarł, a na pewno najpierw zemdlał z upływu krwi.

- Czy otrzymam pańską opinię, dyrektorze, na piśmie? – zapytał policjant wstając.

- Tak, oczywiście, jeszcze dzisiaj ją przygotuję. A, czy wiadomo kto to? Siostra Klara – nasza najstarsza instrumentariuszka – coś mówiła, że zwłoki przypominają jej kogoś.

- Gdzie znajdę siostrę Klarę? – odparł policjant ignorując pytanie Bieleckiego.

- Powinna być przy wejściu, w dyżurce pielęgniarek. Jeżeli nie, któraś z sióstr poszuka jej.

Scheppke skłonił się służbiście i nic nie mówiąc wyszedł.

***

Golfista nazywał się Arne Kokkonnen i przyjechał trzy dni temu wraz z trzydziestoma zapalonymi graczami na podelbląskie pole Sand Valley. Tyle zdołali się dowiedzieć od długowłosego właściciela. Szybkie badanie alkomatem wykazało niewielką zawartość alkoholu, a chuch wskazywał raczej na kaca niż bieżące picie. W miejscowym szpitalu pobrano Finowi krew także na zawartość narkotyków, a dyżurny lekarz zbadał Ludwika. Szybki rentgen a potem USG nie wykazało złamań czy uszkodzeń narządów, choć podkomisarz czuł się, jakby przejechał po nim walec. Dwa patrole ściągnięte z Elbląga rozładowały korek – na szczęście poza wściekłością ludzi, nie było innych strat. Podinspektor obserwował Fina, który wydawał się być bardzo przejęty całą sytuacją, choć nie zdradzał objawów narkotycznych. Na szczęście obaj mówili po angielsku, przy czy cudzoziemiec płynnie, a Ludwik musiał się zastanowić, zanim coś powiedział. Fin wyglądał na poważnego człowieka, co zresztą potwierdził w wymianie zdań. Był właścicielem niewielkiej firmy reklamowo – komputerowej, która produkowała też oprogramowanie. Od lat grał w golfa, a od trzech regularnie przypływał do Polski, gdzie fińska spółka wybudowała właśnie to pole, jakich trudno było szukać u niego w kraju. Kusiły także dobre warunki atmosferyczne i niskie koszty wyjazdu, świetne zakwaterowanie i dobra kuchnia, a także życzliwość miejscowych. Arne, z tego co zrozumiał Ludwik, nie potrafił wytłumaczyć, skąd się wziął na wiadukcie i dlaczego nie spadł. Mieszkał całe życie na parterze i miał lęk wysokości, był ojcem rodziny i choć lubił wypić, jak prawie każdy Fin, to jednak nigdy pod wpływem alkoholu nie zrobił nic głupiego. Po prostu żegnał się i szedł spać. Dzień wcześniej z przyjaciółmi zagrali podwójnie i udało się uzyskać rewelacyjny wynik trzem z nich, więc mieli okazję do świętowania. Arne wypił, jak twierdził, trzy piwa i zmęczony poszedł spać.

Ludwik ostrzegł Fina, że postawione zostaną mu zarzuty za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym,  szczególnie, jeśli potwierdzi się obecność narkotyków w krwi, kazał nie opuszczać pola aż do dnia wyjazdu, po czym pozwolił mu wrócić taksówką.  Sam wrócił na komisariat i przez resztę dyżuru walczył z papierzyskami. Wreszcie półprzytomnego jeden z posterunkowych odwiózł do domu.

 

***

W pracy było ciężko. Niewyspany, rozdrażniony, z prawie wyzerowaną pamięcią, z trudem przetrwałem do końca. Na szczęście moich szefów nie było, a podwładni nauczyli się nie pojawiać się przed moimi oczami częściej, niż było to niezbędnie konieczne. Do tego koszmarny korek na „siódemce”, gdyż ponoć jakiś wariat chciał skakać z wiaduktu. Dopiero w domu przyszło odprężenie – obiad i konieczność popracowania z dziećmi nad ich lekcjami wyciszyły mnie. Lampka wina, uśmiech żony i dzień można było uznać za pozytywnie zakończony. Szybko zasnąłem, na filmie pochrapywałem spokojnie. Obudzony, grzecznie podreptałem do łóżka. Nie mogłem wtedy zasnąć, a kiedy już zapadłem w sen, dopiero się zaczęło. Nie bardzo potrafię przywołać teraz całą treść snu, lecz na pewno nawiązywał do tego, co śniło mi się w dniu poprzednim. Szedłem ulicami miasta nie zwracając uwagi na ruch i przechodniów, koło parku przyciągnął moją uwagę wir kręcący białą substancją, którą wziąłem za śnieg. Latem? Potem zacząłem lecieć i przeniosłem się do innego, nieznanego mi miasta, do nowoczesnego mieszkania. W łóżku spał człowiek, wyraźnie pamiętam barwne wzory na pościeli. Wtedy zobaczyłem jego sen, tak jakbym był w kinie, takim trójwymiarowym. Byłem zdumiony widząc niezwykły świat, grające kolory, przemiany struktur prowadzące do zamian w akcji, choć przecież to akcja nie była. Lepszym określeniem będzie przeżycia. Człowiek rzucał się w pościeli i coś krzyczał, a ja wiedziałem, że całym sobą wszedł w sen, który go coraz bardziej męczył. Tak jak mnie noc wcześniej. Pamiętam swoją refleksję, że ktoś inny mógł oglądać to, co ja przeżywałem. Śniącego  nieszczęśnika otoczyły szalejące obrazy, które szarpały nim, wysączając energię, którą sen powinien przecież zakumulować. Miałem poczucie, że powinienem pomóc mu, albo w jakiś sposób wyprowadzić lub obudzić. Ale z drugiej strony coś mi szeptało, że jestem sam obserwowany i nie wolno mi wpływać na to, co dzieje się ze śpiącym. Udało mi się w jakiś sposób zbliżyć i zawisnąć tuż przy łóżku tamtej osoby, prawie dotykać tego, co jego otaczało. Co na pewno czułem, to zmiany temperatury, które sprawiały, że chwilami prawie gotowałem się, potem drżałem z zimna. Wydało się, że ktoś wzywa mnie do powrotu, poczułem dziwny lęk, że jeżeli tego głosu nie posłucham, to utknę w tamtym miejscu, więc dałem się porwać… wichrowi, prądowi? W każdym bądź razie znowu znalazłem się w parku w towarzystwie psa, którego przecież nie posiadałem.

Ktoś był w pobliżu, zaczął mnie bić, a ja krzyczałem. To moja rodzinka rzuciła się, by mnie wyrwać z odmętów koszmaru. Długo potem stałem pod prysznicem, spłukując z siebie nocną mordęgę, a już przy milczącym śniadaniu zacząłem zastanawiać się, czy znowu uda mi się zobaczyć te niezwykłe obrazy. Pożegnałem się wesoły prawie jak skowronek i ruszyłem do pracy.  

Z trudem udało mi się skupić na wykonywaniu obowiązków służbowych  i domowych. Wystarczyła chwila bym „odpływał”  we wspomnieniach o dwóch niezwykłych snach oraz rozważaniach, czy uda się coś nowego zobaczyć. Potem co rusz patrzyłem na zegarek, popychając wzrokiem  wskazówki. Wieczorna harówka z położeniem dzieciaków spać; mecz w telewizorni, który grali nasi, nie bardzo mnie zainteresował. Walnęliśmy się spać, ale nawet namiętność nie potrafiła wprowadzić mnie w stan relaksacji. Robienie pompek, czytanie, gorące kakao, niewiele pomogło. Było grubo po północy, kiedy wreszcie odpłynąłem. Pewnie mi się coś pod czaszką kotłowało, lecz rano nic nie pamiętałem. Byłem rozczarowany jak małe dziecko i z trudnością udało mi się zachować postawę godną męża i ojca.

 

***

Dopiero następnego ranka udało się policjantom ustalić personalia ofiary. Pochodził z Neukirch Höche[2], wsi na rozjeździe dróg prowadzących z Braunsberga do Elbinga, był synem starszego miejscowej gminy ewangelickiej. Rodzice zgłosili zaginięcie wcześniej, lecz niestety, policja z pobliskiego posterunku w Frauenburgu[3] nie popisała się. Tak czy inaczej, zrozpaczonych rodziców zaproszono do kostnicy, gdzie ojciec o mało nie zemdlał. Poznali syna po kilku znamionach i bliznach po dawnych ranach. Blisko dwie godziny ci biedni ludzie dochodzili do siebie, zanim można było ich przesłuchać. Wachmistrz Scheppke musiał mocno powstrzymywać swoją wrodzoną ciekawość, zanim wreszcie mógł przejść do meritum. Także duszna aura, psychiczne zmęczenie sprawiły, że starsi ludzie w końcu bardziej otworzyli się, chcąc szybko skończyć tę niemiłą rozmowę.

Ich średni syn, Hermann, był odludkiem. Wcześnie się ożenił i szybko stracił najpierw żonę, a potem córeczkę. Gospodarował tuż obok swoich rodziców.  Choć był zdecydowanie najbystrzejszy i najbardziej wyedukowany z całej rodziny, to nie chciał zostać ani pastorem, ani nauczycielem, ani też urzędnikiem, co zwyczajowo przewidywał „awans” dla tych najzdolniejszych. Rodzice przyzwyczaili się w końcu do tego, że ich syn, nawet w czasie orki czy dojenia krów mógł zatrzymać się i głęboko zamyślić. W tym zadumaniu potrafił przemaszerować szmat drogi, zanim zorientował się, gdzie się znajduje. W końcu miejscowi przyzwyczaili się do tych nieszkodliwych dziwactw zwłaszcza, że człowiek był bardzo grzeczny, uczynny i oczywiście pobożny. Jego zainteresowania koncentrowały się wokół czytania pobożnych książek (niestety, także katolickich) oraz prenumerowania miesięcznika podróżniczego i kolejnego, poświęconego miejscowej kulturze, historii i przyrodzie. Życie biegło im monotonnie, zgodnie z porami roku.

- Czyli wasz syn wiedział, co to jest tygrys i jak groźna to bestia? – przerwał wywód Scheppke.

Zaskoczony ojciec ofiary zamilkł na moment, po czym szybko wymienił spojrzenie z zapłakaną żoną.

- No taak, oczywiście. Może wyglądamy skromnie, ale takie rzeczy to przecież wiemy! – obruszył się starszy mężczyzna. – Nasz Hermann był bardzo oczytanym człowiekiem. Nawet, kiedy przybywali znani podróżnicy z daleka, z naszych kolonii, jeździł do Elbinga czy Königsberga na odczyty i spotkania, i zadawał wiele pytań. Potem zaś o wszystkim nam opowiadał.

Scheppke podziękował skinieniem głowy.

- Rozumiem, czyli jest…, był to człowiek stateczny, bezdzietny wdowiec. A proszę powiedzieć, czy były w jego życiu – zawahał się zbierając w myślach słowa – takie chwile, kiedy jego zachowanie wzbudzało w was zdumienie?

Twarze rodziców Hermanna wyrażały wyraźną dezaprobatę.

- Pytam, choć wiem, że sprawiam wam ból, ale okoliczności śmierci waszego syna nie są do końca jasne. Muszę sporządzić odpowiedni raport, o wydarzeniu piszą już miejscowe gazety, pewnie sam Berlin będzie ciekaw efektów śledztwa. A poza tym, jeżeli tygrys w jakiś sposób jest niebezpieczny i wydostał się z klatki, to będziecie mogli skierować przeciw cyrkowi sprawę do sądu.

Zapadła ciężka cisza, którą wypełniło brzęczenie owadów za oknem. W końcu starszy gminy pokręcił głową.

- Nic takiego się nie zdarzyło, prawda duszko? Tak jak nie stać było nas na podróże, więc pozostało synowi interesowanie się tym na odległość. A teraz, jeżeli zechciałby pan oficer, chcielibyśmy zabrać naszego chłopca do domu, by go godnie pożegnać i pochować. – Mężczyzna wstał, podał żonie dłoń, sztywno skłonił się i oboje wyszli. Scheppke poderwał się na nogi odprowadzając ich wzrokiem, po czym ciężko opadł na fotel.

- Biedni ludzie - mruknął półgłosem. – „Ale coś mi tu nie gra, coś nie gra” – odparły jego myśli, gdy przypomniał sobie spłoszony wzrok kobiety.

 

***

Ludwik wściekł się, kiedy w recepcji klubu golfowego powiedziano mu, że Finowie wyjechali. Zmęczenie, niewyspanie, wysysający siły upał, zdychająca klima w samochodzie i jej brak w komisariacie, ciągłe wezwania i durne rozkazy wysyłane z Warszawy oraz Olsztyna sprawiły, że był u kresu sił psychicznych i fizycznych. Towarzysząca mu Karolina była małomówna, pewnie przez problemy z chłopakiem.

Ludwik wyluzował  nieco, gdy potężnie zbudowany recepcjonista uspokoił go, że wycieczka wyjechała pod Olsztyn, na inne pole, a wieczorem mają wracać. Poprosił więc o spotkanie z szefem spółki zarządzającej polem, także Finem, który na szczęście dość dobrze mówił po polsku.

 - Pekka Achonnen właśnie wraca, będzie za jakieś pół godziny. Może się państwo napiją? Kawa, herbata, cola, woda? Bo mocniejszych nie proponuję. Na koszt firmy. – Zaproponował trzydziestolatek za kontuarem.

- Możecie państwo odpocząć tu, albo pod parasolem na zewnątrz. A jeżeli skusicie się, to dam po kiju i żetony na piłki? Próbowaliście kiedyś grać?

Ludwik wymienił z koleżanką spojrzenia. Póki co, nie było wezwania, nie chciało im się pchać na rozpaloną „siódemkę”.

- No może colę z lodem. Dla ciebie?

Karolina skinęła głową. Odebrali oszronione szklanki i wyszli z domu klubowego pod parasole. Trzech mężczyzn w koszulkach polo i krótkich spodenkach otaksowało ich wzrokiem, po czym wróciło do rozmowy. Samotny golfista, jakby nieczujący upału, wbijał piłki do dołków na króciutko wystrzyżonej trawie, a w dali, pod wiatą trzech innych ćwiczyło dłuższe uderzenia.

- Uff, wiaterek – odetchnął Ludwik.

- Fajne miejsce – mruknęła Karolina – nam też przydałby się taki relaks. Powietrze, trochę ruchu. Tylko to pewnie strasznie drogie.

Drzwi za nimi otworzyły się wypuszczając wysokiego, siwowłosego mężczyznę w okularach. Zaskoczony Ludwik uniósł brwi.  Karolina podążyła za jego wzrokiem.

- Znasz go? – ściszyła głos.

- Tak. To autor kilku książek, z Elbląga… - przerwał, gdy mężczyzna minął ich, po czym przyłożywszy dłoń do oczu zaczął obserwować ćwiczących pod wiatą. Wreszcie spojrzał na zegarek i ruszył z powrotem.

- Przepraszam, pan Tomaszewski? – zapytał Ludwik. Golfista zatrzymał się zaskoczony.

- Ludwik Krajewski, podkomisarz. Przepraszam, ale jestem czytelnikiem pańskich książek – dodał szybko. – Nie wiedziałem, że pan także gra w golfa.

- Miło mi – autor wyciągnął dłoń na przywitanie – A tak, już od kilku lat grywam tu z przyjaciółmi. Teraz czekam na nich, ale przez te roboty drogowe i tłumy walące na Mierzeję ciężko jest dojechać.  A państwo też grają?

- Nie, nie stać nas. – Odezwała się Karolina.

- Niech pani nie przesadza. To mit, że golf jest drogi. Ja jestem nauczycielem, a stać mnie. – Uśmiechnął się.

- A może spróbujecie państwo parę razy uderzyć? Mam tu pod domem klubowym swoje kije, wezmę od Marcina żetony…

- Czekamy na właściciela... – odparł Ludwik.

- A nie widziałem go, ale powiem w recepcji, więc gdy Pekka przyjedzie, dadzą mu znać. To co?

Krajewski zerknął na zegarek. Było gorąco, ale wiał lekki wiatr i wiata znajdowała się w cieniu, poza tym, tamci trzej odeszli. Tomaszewski sprawiał wrażenie sympatycznego i rozmownego człowieka, więc może czegoś więcej dowie się o tych Finach i golfie w ogóle?

Długowłosy właściciel mówił ładną polszczyzną prawie bez obcego akcentu, choć co rusz wtrącał słowa po angielsku. Pole golfowe zarabiało głównie na cudzoziemcach, na co narzekali miejscowi gracze. Koszty utrzymania prawie stu hektarów gruntu i kilkudziesięciu pracowników były spore. Głównie przyjeżdżali Skandynawowie, ale byli także Rosjanie z pobliskiego Królewca, Niemcy, Irlandczycy i coraz więcej Brytyjczyków. Niskie ceny pobytu łączono z doskonałą bazą lokalową i gastronomiczną, lecz największą atrakcją było oczywiście samo przepięknie położone i wymagające pole, gdzie pogoda była znacznie lepsza niż na północy Europy. Do tego dochodziły atrakcyjne turystycznie tereny do zwiedzania.

Ta konkretna grupa, według Achonnena, nie wyróżniała się niczym specjalnym. Ani nie byli bardziej hałaśliwi, ani nie pili więcej niż inni, nie było też dewastacji. Przyjechali własnym autokarem, w planach mieli także odwiedzenie jednego z pól golfowych pod Gdańskiem. Arne Kokkonnen po powrocie ze szpitala był wyraźnie poruszony. Wyszedł wprawdzie na driving range[4], ale wyraźnie mu nie szło, więc w barze wypił kilka piw, po czym, jak mówili jego kompani, walnął się do łóżka. Spał długo, a w nocy krzyczał. A dziś pojechał z innymi grać w Naterkach.

Ludwik pozwolił Karolinie skończyć notować, po czym rzekł:

- Będę pana prosił o pomoc w tłumaczeniu, bo jutro musimy przesłuchać pana Kokkonnena. Proszę mu także przekazać, by nie opuszczał Sand Valley.

 

***

Tej nocy wachmistrz Scheppke nie spał dobrze. Ba, w zasadzie prawie nie zasnął walcząc z natłokiem myśli, które podsuwały obrazy pokaleczonych zwłok, ludzkich twarzy, miejsc. W mózgu wciąż dudniły mu słowa, które brzmiąc jednako układały się coraz to innymi tonacjami. W końcu nad ranem zasnął ze świadomością co ma jeszcze zrobić. Na śniadanie wchłonął pęto kiełbasy i popił jeno herbatą, przez co gospodyni, pani Benke, załamała ręce. Po drodze na posterunek zaszedł do kowala, który także trudnił się ślusarstwem i zamienił z nim parę słów. Po kilkudziesięciu minutach, z trzema policjantami, zajechali do obozowiska cyrkowców.  Dyrektor Muller, z przyklejonym do twarzy uśmiechem przywitał ich kłaniając się.

- W czym mogę jeszcze pomóc? Czy pan wachmistrz nie zechciałby wreszcie wydać nam zgody, by cyrk ruszył w dalszą trasę? Bo musi pan wiedzieć, wachmistrzu, że trupa ma już spore opóźnienie, a to przecież kosztuje. Rozumiem, że śledztwo jest ważne, ale to przecież był nieszczęśliwy wypadek. A poza tym, sporo ważnych osób chce oglądać nasze występy. – Zakończył z tonem pogróżki w głosie, której pochłonięty we własnych myślach Scheppke nie dostrzegł. Kazał wezwać tresera i przenieść tygrysa do innej klatki, w której drapieżnik przetrzymywany był tuż przed wyjściem na scenę. Okolica wokół klatki była już rozdeptana a ślady krwi najwyraźniej zmyte.

Gdy pojawił się kowal, Scheppke kazał Wagnerowi i Sawatzkiemu  przepytać raz jeszcze kilku artystów i pracowników jednocześnie wypraszając wszystkich pozostałych spod klatki. Kowal, Herr Radecki, człek zmyślny i życiowo zaradny szybko pojął o co chodzi policjantowi. Zmarudzili, lecz cała klatka, a w szczególności zamknięcia zostały dokładnie sprawdzone. Scheppke wykonał stosowny szkic i długą notatkę, po czym puścił kowala, przykazując mu milczeć pod karą grzywny a nawet aresztu. Albrecht Wank, weterynarz z cesarskiej stadniny w Cadinen[5] pojawił się około godziny jedenastej ze sporą torbą i niepokojem w oczach. Gdy wyjaśniono dyrektorowi o co chodzi, ten zaczął energicznie protestować, lecz krótkie pytanie:

- Czy chce pan spędzić tu kilka dalszych dni i odpowiadać za utrudnianie śledztwa?

To natychmiast przełamało opor. Treser spojrzał na nich nienawistnym wzrokiem, po czym poprowadził ku małej klatce, w której leżał Radża. Na ich widok zwierzę podniosło się jakby przeczuwając, co się święci i zaczęło porykiwać odsłaniając ogromne, żółte kły.  Wank zatrzymał się przerażony, lecz „cicha” zachęta wachmistrza była groźniejsza niż strach przed bestią. Treser z trudem założył zwierzęciu pętlę na szyję i przyciągnął je do kraty a weterynarz wbił w kark igłę strzykawki. Potem odstąpili czekając, aż tygrys uśnie.

- Jeżeli mu się coś stanie, to… - treser nie krył groźby w swoim głosie.

- Więcej zaufania do cesarskiego lekarza – odparł wachmistrz nie podnosząc wzroku.

Zwierzę poczęło poziewywać, usiadło, potem położyło głowę na potężnych łapach.

- Wagner! W razie czego strzelaj mu w łeb! – rozkazał Scheppke.

Lekarz kilkakrotnie dotknął Radży, który coraz bardziej wiotczał i odpływał w sen. Gdy dał sygnał, treser z pomocą policjanta przesunęli zwierzę, a Otto, dyskretnie przeżegnawszy się wszedł do klatki. Bliskość bestii, która potrafiła rozerwać człowieka na strzępy podnosiła włosy na ciele i przyśpieszyła rytm serca do cwału. Z trudem panował nad sobą, by z krzykiem przerażenia nie wyskoczyć na zewnątrz i nie zwiać, gdzie pieprz rośnie. Gdyby nie ten mundur i świeże naszywki wachmistrza…

Lękliwie dotknął wielkiej łapy. Była ciężka i bezwładna, lecz przesuwając po niej dłonią, pod skórą wyczuwał potężne, sprężyste mięsnie. Tygrys spał, posapując cicho, więc odważył się podnieść łapę do góry. Przejeżdżał dłonią po sierści natrafiając pod nią na zgrubienia i stare szramy – zapewne zwierzę zostało schwytane a nie urodzone i wychowane w niewoli, stąd te ślady dzikiego życia. Parokrotnie dłoń wachmistrza zatrzymała się i cofała dotykając miejsc, które mogły dać dowód na prawdziwość jego domysłów. Z wyraźną ulgą Scheppke wydostał się zza krat.

- Można zamykać. Doktorze, czy ma pan jakiś środek, by obudzić to zwierzę? Nie chcemy, by cyrk poniósł stratę.

Lekarz przytaknął, a wachmistrz wyszedł z namiotu i  głęboko odetchnął. Potem wezwał podwładnych i przepytał, co do zeznań cyrkowców.

- Jedź na posterunek i sporządź pismo dla dyrektora Mullera. Następnie zatelegrafuj do Königsberga oraz do innych miejscowości na trasie ich cyrku, by powiadomić tamtejsze komisariaty.  Uwiń się szybko i wracaj z podstemplowanym dokumentem – rozkazał Sawatzkiemu. - A ja porozmawiam jeszcze z panną Gertrudą.

Gdy przed wieczorem cyrkowcy wyjeżdżali z Braunsberga, całe miasto huczało od plotek. Wracając po pracy, Scheppke zaszedł do gospody. Zaraz też przysiadł się radca magistracki Neumann, ale wachmistrz wypiwszy na jego konto dwa kufelki miejscowego jasnego ani na jotę nie zdradził tajemnicy śledztwa.

 

***

Wobec złożenia przez Fina wyczerpujących zeznań a także negatywnej opinii działu prawnego, Krajewski zdecydował się na mandat w wysokości 500 złotych, co golfista przyjął z wyraźną ulgą. Tym bardziej, że mógł zobaczyć kilka filmików nakręconych przez światków wydarzenia, które pojawiły się w sieci - zarówno stojących na wiadukcie jak i z poziomu drogi. Mężczyzna zapłacił i sprawa poszła w niepamięć. Zmęczeni policjanci wracali z południa Polski, turyści szaleli na drogach, ale tym zajmowała się drogówka. Ruszyły urlopy, lecz Ludwik miał swój zaplanowany dopiero w październiku.  Na komendę spływały zwyczajne sprawy, kradzieże działkowe i sklepowe, pobicia, awantury domowe, zniszczenia samochodów i próba podpalenia stacji benzynowej, którą rozwiązał w kilka godzin.  Sprawcą był pacjent szpitala psychiatrycznego we Fromborku, który wyszedł na kilkudniową przepustkę w związku z pogrzebem członka najbliższej rodziny. Gdy po zatrzymanego przyjechała karetka, starszy pielęgniarz zerkając w otrzymane od policji dokumenty, rzucił mimochodem:

- O, tym razem mamy ogniotrwałego.

Krajewski akurat stał obok, coś go tknęło i zadał mężczyźnie klika pytań. Odpowiedź była na tyle zastanawiająca, że zamyślił się, a potem sprawdziwszy w rejestrze wykonał kilka telefonów. Jeszcze w piątek, po pracy wsiadł do prywatnego samochodu i ruszył na siódemkę. W Elblągu zrobił większe zakupy w hipermarkecie, potem zaś malowniczą drogą prowadzącą nad brzegiem Zalewu Wiślanego skierował się ku Fromborkowi.

Doktor Maksymilian Karwasz na pierwszy rzut oka wyglądał  bardziej na biznesmena niż psychiatrę, lecz wystarczyło kilka zdań i przenikliwe spojrzenie lekarza, by Ludwik poczuł się nieswojo. Mężczyzna około pięćdziesiątki, wysportowany i rzeczowy, gestem zaprosił oficera do swojego gabinetu. Wymienili grzeczności, zimna woda mineralna z lodówki wypełniła szklanki, a policjant poczuł się pewniej.

- No dobrze, panie komisarzu, proszę mówić, co pana sprowadza do naszej placówki.

Krajewski nabrał głębiej powietrza w płuca:

- Chodzi o tego uciekiniera, który próbował podpalić stację benzynową. – Podniósł wzrok na psychiatrę. Jego brwi uniosły się zachęcająco.

- Jeden z pielęgniarzy powiedział, że to nie pierwszy podobny wypadek w waszym szpitalu…

Zapadła cisza. Doktor potarł szczękę pokrytą siwiejącym zarostem.

- Zdaje sobie pan sprawę, że dane o pacjentach mogę ujawnić jedynie po otrzymaniu sądowego…

- Tak, oczywiście – wszedł mu w słowo Krajewski – ale proszę mnie wysłuchać. Jestem tu prywatnie, ponieważ kilka dni temu byłem świadkiem dość podobnego wypadku.  Proszę posłuchać!

Przez kilka minut opowiadał o Finie na wiadukcie i późniejszym zachowaniu niedoszłego samobójcy. Twarz lekarza nie zmieniała wyrazu, a gdy Krajewski skończył, psychiatra przez dłuższy moment milczał, wpatrując się w punkt nad głową policjanta.

- Taak  – Mruknął w końcu – to ciekawe, co pan mówi, bardzo ciekawe. Niech pan raz jeszcze powie, kiedy to było?  - Po czym sięgnął do oprawionego w zieloną skórę notesu, a następnie zaczął wystukiwać coś na klawiaturze komputera.

Krajewski dopijał swoją wodę zerkając na lekarza. Cokolwiek ten mu powie, to wiedział, że na trafił na coś ciekawego.

Ktoś zatruł wodę albo jedzenie? Może to szło z powietrzem? Albo Rosjanie zza pobliskiej granicy emitowali promieniowanie….? Nie! – skarcił sam siebie.  Fantazja go za bardzo ponosiła.

- No cóż, panie komisarzu – lekarz wyrwał go z natłoku myśli – to, co pan powiedział, jest faktycznie interesujące. Nie mogę panu oczywiście przekazać szczegółów, tym bardziej, że rozmawiamy nieoficjalnie – po raz pierwszy doktor Karwasz lekko uśmiechnął się.

- Powiem tylko, że u naszych niektórych podopiecznych zaobserwowaliśmy…, hm, dość podobne objawy. Nawet gdy biorą dość silne środki uspokajające. Pojawiają się one nagle i trwają dość krótko, ale wyraźnie negatywnie zaburzają proces leczenia.

- A jakie są objawy tych zachowań? – Odważył się zapytać Krajewski.

- Uogólniając, wygląda to tak, jakby człowiek był zahipnotyzowany. Zmysłowo jest sprawny i kontaktowy, lecz jego umysł pochłonięty jest praktycznie w całości przemożnym pragnieniem zrobienia czegoś. Są wypadki dość niewinne a nawet zabawne. Jedna z naszych pacjentek, bardzo wycofana, by nie wchodzić w naszą terminologię, zaczęła śpiewać i tańczyć, promiennie uśmiechać się, lecz po kilku dniach nagle się to urwało, czyli powróciła do poprzedniego stanu. Zdecydowanie więcej jest zachowań agresywnych czy samobójczych. W zasadzie wygląda to tak, jakby coś rwało im duszę lub kazało zrobić straszne rzeczy.  Kiedyś mówiono o takich, że byli opętani przez diabła.

Ludwik uniósł brwi zaskoczony.

- Niech pan tak nie patrzy. Teraz, dzięki zdobyczom nauki możemy powiedzieć, że nasi antenaci w swoich obserwacjach mieli wiele racji. Nie wiem, jaki pan ma światopogląd, ale wiem, że egzorcyści potrafią zdecydowanie poprawić stan zdrowia psychicznego wielu ludzi, którym nasze leki nie pomagają. Teraz proszę mi wybaczyć, lecz czeka mnie wieczorny obchód. Tu jest moja karta wizytowa, gdyby ewentualnie pan miał jakieś pytania lub zaobserwował coś dziwnego, proszę dzwonić, albo lepiej - wysłać maila.

Lekarz wstał, uścisnęli sobie dłonie, po czym Krajewski wrócił do samochodu. Zajechał do miasteczka, by zjeść coś na kolację, po czym tą samą trasą wrócił do domu.

 

***

 Uroczystość pogrzebowa powoli kończyła się. Ponad sto osób w czarnych strojach stało pomiędzy kamiennymi i drewnianymi nagrobkami rozrzuconymi na tyłach kościoła w Neukirch Höche. Pastor skończywszy przemówienie zwrócił się do rodziny ze słowami pociechy, a niektórzy członkowie gminy wyraźnie rozglądali się za kawałkiem cienia. Wachmistrz Scheppke, tym razem po cywilnemu, stał w narożniku cmentarza, schowany w głębokim cieniu lipy. Nad jego głową brzęczały pszczoły, niezwracające żadnej uwagi na smutek ludzi.

Wiejski grabarz, zapewne będący pomocnikiem gminy i opiekunem świątyni wraz z trzema pomocnikami spuścili trumnę do grobu i nie zważając uwagi na lejący się z nieba żar, zaczął zrzucać ziemię. Pierwsi ludzie podchodzili do rodziny, raz jeszcze składając kondolencje. Wśród nich był Gemeindevorsteher[6], będący jednocześnie przedstawicielem landrata[7]. Scheppke znał go z wizyt w starostwie w Braunsbergu. Łysa czaszka spływała potem, choć mężczyzna co rusz przecierał ją chusteczką. Wachmistrz ruszył za odchodzącym mężczyzną, który skierował się ku ulicy, gdzie stały bryczki i wozy, które zwiozły żałobników.

- Bóg z nami. – Pozdrowił mężczyznę policjant.

Zagadnięty odwrócił się gwałtownie, odsłaniając czarną, skórzaną torbę, z której wyglądały zakapslowane butelki piwa. Naczelnik wykonał ruch ręką by zakryć torbę, lecz rozpoznawszy Scheppkego ciężko sapnął.

- Witaj panie wachmistrzu. Cóż to, po cywilnemu straszysz pan spokojnych obywateli? – Zagadnął poddenerwowany.

Scheppke pokręcił głową i uśmiechnął się lekko.

- Tylko wtedy straszę, kiedy mają coś na sumieniu. Ja, tak jak widzę pan naczelnik, przyjechałem pożegnać tego nieszczęśnika.

Siwe wąsy ala’ kaiser poruszyły się. Mężczyzna sięgnął do torby, wyciągnął butelkę „Ulricha” i odbił kapsel.

- Napije się pan?

Scheppke pokręcił głową, choć miał szczerą ochotę. W kilka sekund zawartość flaszki z gulgotem przelała się przez nierówne zęby do żołądka urzędnika. Z wyraźnym zadowoleniem odetchnął i wytarł mankietem żakietu mokre wąsy.

- Domyślam się, że masz pan pewnie jakąś sprawę?

Scheppke skinął głową i gestem zaproponował spacer.

- Jak pan może słyszał, prowadzę śledztwo w sprawie tej śmierci. Jej okoliczności są niezwykłe, a wnioski niejednoznaczne. Pan, jako urzędnik gminny miał zapewne wielokrotnie do czynienia z ojcem ofiary, który jak dowiedziałem się, jest jednym z radnych. I zapewne dobrze znał pan Hermanna.  Teraz to, co powiem, musi zostać między nami, ze względu na tajemnicę urzędową. Czy rozumie to pan?

Naczelnik zatrzymał się w cieniu przydrożnego drzewa. Od kościoła dzieliło ich około stu metrów, więc głos nie mógł dotrzeć do wychodzących ludzi.

- Tak, oczywiście, choć nie rozumiem…

- Potrzebuję informacji na temat tej rodziny. Nadal nie mogę zrozumieć, co skłoniło tego pobożnego, dorosłego człowieka do wejścia w łapy bestii.

Naczelnik aż otworzył usta, chuchając w twarz policjantowi.

- No cóż, bardzo porządni i pobożni ludzie. Hermann, no…, on przeżył tragedię, żona ma umarła a potem dzieciątko. To był bardzo rozumny człowiek, powiem nawet, że mądrzejszy znacznie od innych. Mój syn chodził z nim do szkoły i nawet zazdrościł, bo Hermann zawsze zbierał pochwały, zawsze wszystko wiedział, najładniej pisał. Nawet sam landrat chciał wysłać go na dalszą edukację, lecz… nie znam szczegółów, zresztą muszę jeszcze porozmawiać z pastorem i przy okazji załatwić służbową sprawę. Dlatego żegnam pana wachmistrza. – Urzędnik sztywno skinął głową i pośpiesznie oddalił się. Zaskoczony zmianą zachowania mężczyzny Scheppke odwrócił się. Przy bramie kościoła stało kilku ludzi, w tym pastor oraz starszy gminy, ojciec ofiary, który wyraźnie patrzył w jego stronę. Policjant ruszył w kierunku kościoła. Przepuścił kilka osób, po czym przepchnął się ku rodzicom.

- Proszę przyjąć raz jeszcze moje wyrazy współczucia – pochylił głowę w ukłonie. Twarda, nawykła do pracy dłoń chwyciła go za przedramię.

- Niech pan da nam wreszcie spokój. Nasz syn już nie żyje, zabiło go zwierzę, więc wszystko jest jasne. Proszę przestać nas dręczyć! – głos starszego gminy wyznaniowej przeszedł w syk. Oczy zwęziły się do wąskich szparek a kąciki ust drgały.

- Ale ja… - próbował zaprotestować Scheppke lecz zza pleców odezwał się głos naczelnika.

- Miej pan ludzkie uczucia, panie wachmistrzu. Jeżeli będziesz pan dalej niepokoił nieszczęśliwą rodzinę, to poinformuję landrata a nawet nadprezydenta prowincji.

Scheppke wyszarpnął ramię z uchwytu starszego mężczyzny. Miał na końcu języka ostrą ripostę, lecz jedynie skłonił się i ruszył wzdłuż chodnika prowadzącego wokoło cmentarnego płotu. Gdy znikł za rogiem obejrzał się, po czym po chwili skręcił i przez dziurę w parkanie wszedł na rozpalony słońcem cmentarz. On, cesarski policjant, na pewno nie przestraszy się pogróżek. Prusy to nie Rosja.

 

***

Tym razem wystraszyłem swoją żonę i jej siostrę, i to na poważnie. Na weekend wyjechaliśmy nad jezioro, na wieś, gdzie szwagier ongiś kupił starą chałupę, którą staraniem wszystkich członków rodziny w kilka lat doprowadziliśmy do stanu pełnej używalności, choć wciąż wymaga wiele pracy i oczywiście funduszy. Piątek i sobotę spędziliśmy ciężko pracując nad wymianą kilku belek nad kuchnią, które zwyczajnie zagrażały bezpieczeństwu i uniemożliwiały wykorzystanie jednego z pokojów na piętrze. Nie, żebym się bał fizycznej pracy, ale w trzech narobiliśmy się jak woły. Wieczorem ostre pływanko, potem ognisko z żarciem i piwkiem sprawiły, że szybko odpłynąłem. Tamci bawili się w najlepsze, zresztą leciała muzyczka, a z drugiej strony, przez wodę dochodziły odgłosy dyskoteki.

Nie wiem, czy od razu mnie złapało, w każdym razie w kilku skokach znalazłem się w dużym mieście pogrążonym w nocy. Zatrzymałem się w pobliżu wielopiętrowej kamienicy, gdzie przez ściany wyraźnie widziałem ciała śpiących ludzi. Po wcześniejszych doświadczeniach przyjmowałem to jako zupełnie naturalną rzecz. Niespodziewanie bardziej wyczułem niż zobaczyłem innego „nie-śpiącego” – tak się sam nazwałem – który musiał znajdować się gdzieś w pobliżu. Emitował jakąś taką energię, która wzbudziła moją ciekawość a jednocześnie lęk. Moja rozdygotana dusza nie mogła się zdecydować, czy ruszyć w tamtą stronę czy raczej uciekać, lecz podświadomość, która zapewne kieruje naszymi snami, zadała pytanie: boisz się snu? Przecież zawsze możesz się obudzić, jak to tyle razy czyniłeś?

Zacząłem przenikać przez dachy i ściany kierując się łukiem tak, by zbliżyć się do nie-śpiącego od strony jego pleców. Skąd wiedziałem, gdzie są jego plecy albo czy w ogóle ma takowe? W każdym razie po chwili dostrzegłem zarys postaci odcinającej się nikłym poblaskiem od ciemnej ściany budynku. On bądź ona pochłonięci byli całkowicie oglądaniem spektaklu odbywającego się w suterenie budynku. Zawisłem nad sypialnią czarnoskórej pary śniącej różne bzdety i dołączyłem do publiczności.

Mieszkanie było mocno zapuszczone, dolatywał mnie też nieprzyjemny odór psującego się jedzenia i wieloletniego brudu. Mężczyzna leżący na kanapie w dziwnie wyprężonej postawie, ciężko oddychał, a napięte mięśnie musiały mu sprawiać ból. Wokół głowy otwierały się gasły jaskrawo kolorowe obrazy, z przewagą czerwieni, połyskującej czerni i odcieni brązu. Trochę trwało zanim dostrzegłem sens jego zmory a potem wyczułem, że w pobliżu legowiska śpiącego znajduje się kolejny nie-śpiący. Choć wytężałem wzrok, nie potrafiłem go dostrzec - tak idealnie zlewał się z otoczeniem jednocześnie będąc… fragmentem snu mężczyzny.  Zdałem sobie sprawę, że nie-śpiący zwyczajnie dręczy brodacza, każąc mu wykonywać straszne rzeczy. Czerwień obrazów była błyskami ognia z karabinu szturmowego i bluzgami krwi zmieszanej z falami nienawiści wsączanymi w umysł nieszczęśnika. Jego ciało podrygiwało i skręcało się w spazmach, lecz umysł, czy raczej to co zostało z podświadomości śpiącego, poddało się woli sterującego snami.

To z umysłu były przekazywane, a w zasadzie wbijane myśl po myśli, słowa po słowach w obcym, chropawym języku. Nie-śpiący  ewidentnie przygotowywał człowieka do zrobienia czegoś strasznego. Nie, nie czegoś – on kazał tamtemu zorganizować grupę podobnych mu imigrantów i po prostu wyrżnąć tych innych, tych, których sny ociekały rozpustą i marzeniami o codziennej pustce. Widziałem, jak aureola wokół śpiącego zmienia się, tak jak dioda w ładowanej komórce. Zacząłem zazdrościć nie-śpiącemu takiej mocy oddziaływania, a odpryski myśli pokazały mojego niesprawiedliwego pryncypała, sąsiada, którego kundel znowu nawalił w korytarzu, liczby w totolotku.

Zafascynowany tym co widziałem (a w zasadzie wyczuwałem każdą „komórką” swojego nie-snu) stałem się nieostrożny. Tysiące myśli, miliony emocji dobrych i złych zaczęły mnie także ogarniać, przez co mój nie-sen zaczął emitować energię ujawniając gdzie znajduję się. Ta emisja musiała być tak silna, że dręczyciel wypuścił ze swoich „rąk” nieszczęśnika i zwrócił się w moją stronę. Moc najczarniejszej nienawiści grzmotnęła mnie z tak potworną siłą, że gdybym był bytem materialnym zostałbym rozsmarowany na ścianie domu, przy którym się znajdowałem. Instynktownie, w ułamkach sekund wystrzeliłem mało nie zderzając się z obserwatorem. Przeleciałem nad Łukiem Tryumfalnym, zanurkowałem w ulice pełne małych kafejek wciąż wypełnionych sporym tłumem, po czym zawirowałem i przemknąłem koło olbrzymiego stadionu kierując się w stronę blokowiska przypominającego te  z naszych polskich miast. Wyczułem energię innych nie-śpiących i znalazłem się miedzy nimi, każąc swojej podświadomości wygasić emocje. Tak wisiałem, będąc w stanie człowieka odzyskującego powoli świadomość po stanie długotrwałej śpiączki. Skądś wiedziałem, że na razie jestem w miarę bezpieczny, lecz takowe działanie ograniczało znacznie możliwości badania otoczenia. Wciąż wyraźne obrazy snu brodacza dodatkowo haratały mą podświadomość, a co gorsza – obudziło się sumienie. Coś trzeba było zrobić, by powstrzymać tego, któremu nie-śpiący wyprał mózg – i ta myśl poczęła wypełniać mój własny nie-sen. Podświadomość poczęła buzować energią na nowo, jak latarnia morska wskazując drogę dręczycielowi. Potworna siła uderzyła mnie, dosłownie walcując wszystkie zmysły.

- Obudź się! – skądś usłyszałem głos i rzuciłem się w stronę wyjścia z pułapki. Moja podświadomość poczuła ból, potem lodowate zimno.

- Jeszcze wody?

- Nie, chyba budzi się… - pełen czułego niepokoju głos był jak balsam na rany. Musiałem mieć zamknięte oczy, lecz wiedziałem, że wróciłem nad jezioro, że miłość żony jest najlepszą tarczą, chroniącą przed nie-śpiącym.

- Otwórz oczy kochany, wstań, przejdziemy się. Krzyczałeś strasznie, rzucałeś się… - dolatywało z szybkością karabinu maszynowego. Moja głowa poruszyła się, a powieki wpuściły do oczu jasne, elektryczne światło. Ból głowy walnął mnie młotem, a wysuszone alkoholem wargi nie potrafiły złożyć się na słowa podziękowania. Ale byłem uratowany. Na razie.

 

***

Policjant Sawatzki ze zdumieniem wpatrywał się w stojącego za przeszklonymi drzwiami wachmistrza Scheppke, który prężył się do trzymanej przy uchu ozdobnej słuchawki telefonu. Telefon był z samego Königsberga, od nadprezydenta prowincji, a treść rozmowy musiała mocno przerazić młodego wachmistrza, bo widać było ściekające po policzkach strugi potu, a przez szkło dobiegał słaby, drżący głos Scheppkego.  Nie, żeby Sawatzki specjalnie podziwiał wachmistrza, o którym chodziły plotki, podtrzymywane zresztą przez Weissmullera, starszego policjanta, który twierdził, że przybłęda podebrał mu zasłużone miejsce, ale w trakcie prowadzenia śledztwa kilkakrotnie nawet starsi funkcjonariusze posterunku wyrażali uznanie dla rozumności Scheppkego i konsekwencji posiadanych zadań.

Teraz cała obecna obsada posterunku zebrała się w sali odpraw i obserwowała, jak ich tymczasowy komendant niknie. Chyba nawet Weissmuller nie czuł się najlepiej, widząc upokorzenie Scheppkego. W końcu ich wachmistrz odłożył słuchawkę na widełki aparatu i jak cegła grzmotnął o fotel. Głuchy trzask, który przebił się przez przeszklone drzwi, otrzeźwił posterunkowych, którzy chyłkiem udali się na swoje miejsca.

Sawatzki zanurzył obsadkę pióra w kałamarzu i ponownie począł wypełniać tabele zużycia materiałów piśmiennych w przeliczeniu na każdego funkcjonariusza. Jako że sam był najmłodszy, że skończył szkołę z dobrą lokatą, a przede wszystkim kaligraficznie pisał, ta funkcja spadła na niego. Do niego należało także napisanie raportu, który w wagonie pocztowym pomknął do stolicy prowincji pruskiej. Posterunkowy klapnął kleksa i chwycił bibularz, bezgłośnie klnąc. Taka niechlujność mu się wcześniej nie zdarzała: to wszystko przez to, co zapamiętał z kilkugodzinnego pisania pod dyktando Scheppkego i przepisywania notatek.

Dyskretnie odwrócił głowę: widział zarys sylwetki wachmistrza na tle okna. Scheppke stał nieruchomo, zapewne wpatrując się w daleki punkt nad dachami parterowych domków. Może nawet w kierunku placu, gdzie niedawno stał cyrk?

Początkowo, młodemu policjantowi wydawało się, że sprawa jest jasna. Ot, jakiś zbyt ciekawski obywatel, a może galant, który chciał przed panną zabłysnąć brawurą podszedł zbyt blisko klatki tygrysa, a ten w jakiś sposób zdołał go pochwycić i zabić. Można by rzec, wypadek jednostkowy, wręcz unikalny, ale i takowe się zdarzają. Jak choćby tego szwedzkiego chłopaka, co to na krze przez ponad miesiąc dryfował zimą po Bałtyku i przeżył.

Ale młody komendant, niewiele w sumie starszy od niego, też człowiek z nizin społecznych, swoim działaniem szybko podważył osąd Sawatzkiego i innych posterunkowych.

No bo weźmy chociaż obrażenia na ciele. Trudno było wyrozumieć coś z tego, co dyktował Scheppke, ale wynikało z tego, że człek sam musiał podejść do klatki i nie krzyczał, kiedy bestia wbiła w niego szpony. I to płytko, z jednej strony, więc mógł bez trudu uwolnić się. Ale ponoć ów rolnik stał tam, a potwór ostrym jęzorem powoli zrywał z niego skórę! Brr. Z kolei, co przepisał z raportu weterynarza wynikało, że w tym samym czasie ów człek gryzł tygrysa, bo w nosie i żołądku miał masę skołtunionej żółtej sierści. Jak to możliwe? Jak człowiek, a tym bardziej tygrys, mógł łeb wystawić przez kraty? Przecież nie były rozgięte? Jak na to pan wachmistrz wpadł, że przy drzwiach, obok zamka była specjalna zapadka? Skonstruowana, by gdy treser był w środku klatki dla jakiegoś powodu, a drzwi były zamknięte na klucz i kłódkę, w razie pobudzenia bestii można było częściowo drzwi otworzyć by przez szczelinę uciec? Skąd takie coś wachmistrz wiedział? Co więcej, nie można było poruszyć zapadki manipulując nią od zewnątrz? Czyli co? Tygrys jakoś to pazurzyskami zrobił? Scheppke kilkakrotnie zmieniał wersję tego fragmentu raportu, bo to, co było dla wachmistrza oczywiste, a nawet dla Sawatzkiego, to przełożeni uznaliby w najlepszym wypadku za pomieszanie zmysłów. Jeżeli to nikt z obsługi nie otworzył klatki, by wypuścić bestię, to było to jedyne rozsądne wyjście. Zresztą, tygrys miał sporo kłaków wyrwanych z boku, a człowiek mógł włożyć do wnętrza rękę tylko do łokcia.

Albo to: zeznanie grabarza z Neukirch Höche. Człek niezbyt pobożny, pijaczyna trochę, bo zresztą, czy ktoś widział grabarza, który nie pił? Lecz ten zeznał, pod groźbą kary więzienia, gdzie przecież by pić nie mógł. Sawatzki to dobrze pamięta, bo sam wszedł komendantowi w słowo i pogroził tamtemu, za co wachmistrz potem go nawet pochwalił. Posterunkowy także po cywilnemu zjechał do wsi na pogrzeb, ale nie zbliżali się z wachmistrzem. Miał stać w tłumie żałobników i słuchać. Ot, jakiś tam młodzianek, może ktoś z dalszej familii, albo miłośnik przyrodniczych wykładów Herr Hermanna.

No więc grabarz najpierw się stawiał, ale jak go przycisnęli i wyprowadzili za cmentarny mur i pokazali kajdanki, to zaraz zaczął śpiewać. A Scheppke zadawał mu masę pytań, czasami niby o błahostki, by potem powrócić do tematu i sprawdzić, czy grabarz kłamie. Lecz ten najwyraźniej tak przestraszył się braku gorzałki w mamrze, że wszystko pięknie wyśpiewał. Otóż, rodzina Hermanna wcale taka miła nie była. Stary był znanym kutwą i cholerykiem i nawet sam pastor, czy przewodniczący gminnej rady bali się go, gdyż ten znał ich różne ciemne sprawki. A synuś marzyciel? A skąd! Nawiedzony jakiś, a wielu, za plecami starszego gminy gadało, że z diabłem miał konszachty. Kiedyś spalił stodołę pewnej wdowy po żołnierzu, bo mu się wyśniło, że cudzołożyła z połową wsi, choć przecież stara Kuntzowa brzydsza była od Baby Jagi, a Kuntze ją zbrzuchacił po pijanemu, i dlatego z wojska odejść nie chciał, choć tam zdrowie stracił. Często gadał do zwierząt, bił je, ścigał dzieci, coś tam ciągle mamrotał pod nosem, choć prawda, były okres, że uśmiechał się radośnie i sam proponował, że sąsiadom w pracy pomoże. Parę lat temu zachorzał ciężko i w Elbingu doktorzy operowali go. Coś poszło nie tak, Hermann dostawał jakieś mocne leki, po których majaczył. Stary kazał zabrać go ze szpitala i opiekowali się synem w domu. Grabarz wtedy pomagał im w gospodarce, a co przez okno nasłuchał się dzikich wrzasków, a diabelskich sapnięć i jęków? Kiedyś po drabinie wspiął się do okna Hermannowej izby. Ten leżał z otwartymi oczami, ale musi, że nic nie widział, choć słońce mu w gały świeciło. Gadał jakby z kimś, kogo widział, abo raczej opowiadał komuś, co widzi. Grabarz przeląkł się okrutnie, ale zdzierżył, bo ciekawość zwyciężyła (zawsze w gospodzie znaleźliby się fundatorzy napitku). A więc gadał on, że leci, że nad jakimś miastem jest, jeno to bardzo stare miasto było, gdzie ludzie gadali dziwnymi językami. I on, Hermann, widział co tamci śnili i mógł kazać im śnić inne rzeczy, na przykład gadał, by poszli i w określonym miejscu zakopali cenną rzecz. Potem, każdej kolejnej nocy nachodził owego starodawnego nieszczęśnika, aż tamten biedak wreszcie zrobił co mu kazano. A potem, wciąż śniąc śmiał się, że on wie, że badacze szukają staroci nie w tych miejscach, gdzie są ukryte.

Po jakimś czasie Hermann uspokoił się, ale będzie z miesiąc przed jego śmiercią mała dziewczynka ze wsi powiedziała matce, że tamten schwycił w lesie wałęsającego się kundla, którego większość  wieśniaków się bała i po prostu zaczął go gryźć. Inne dziecki podsłuchały, i spraw się rozniosła, choć przecie nikt w takie bzdury wierzyć nie chciał. Ale po sprawie z tygrysem ludzie przypomnieli sobie.

- Sawatzki – ostry glos Scheppkego wyrwał policjanta z zadumy. Posterunkowy poderwał się na nogi o mało nie gubiąc pióra.

- Tak jest panie komendancie!

- Zbierzesz wszystkie dokumenty związane ze śledztwem i przyniesiesz mi je. Zostaną wysłane najbliższym pociągiem do Elbinga, a z stamtąd do Berlina. Tym samym kończymy to śledztwo. Pojutrze wraca pan komendant, którego ściągnięto z urlopu, więc po zapakowaniu dokumentów bierzemy się za sprzątanie. Bo nie chcemy, żeby pan komendant odniósł wrażenie, że jedynie zajmowaliśmy się fantasmagoriami, prawda?

 

***

Dwie kolejne noce i dwa nie-sny. Budziłem się zlany potem obok przerażonej żony, która zasypywała mnie trwożnymi pytaniami. Ale niech ktoś rozsądny mi powie: czy mogłem opowiedzieć jej o wszystkim? Bo doskonale pamiętałem ich treść, tak jak pamiętałem swój pierwszy raz z dziewczyną.

- Musisz iść do lekarza, bo jak nie, to sama kupię ci jakieś leki na spanie! Myślałam, że mnie zabijesz, tak się rzucałeś! – pogroziła przejęta.

Weekend minął i znowu trzeba było ruszyć do pracy. Szef wpadł z informacjami, że jest szansa na duży kontrakt, lecz trzeba zrobić bardzo gruntowne badania nie tylko rynku, lecz i całego regionu. Niespodziewanie, zaprosił mnie do gabinetu i oświadczył, żebym na kilka dni zostawił nadzór nad bieżącymi pracami i zajął się poszukiwaniem.  Na moje nieme pytanie rzekł, że przecież pochodzę z rejonu Braniewa, a poza tym „trzeba tu wiele delikatności i odpowiedniej lokalnej wrażliwości” – Cokolwiek by to znaczyło. Ze dwie godziny pokręciłem się przy biurku, potem wziąłem służbowe auto i rzuciwszy bossowi, że jadę w teren wymknąłem się w swoje rodzinne strony. Włączyłem dyktafon w komórce i wolno snując się powiatowymi drogami, notowałem swoje uwagi. Niespodziewanie dla samego siebie, zacząłem widzieć zarys projektu, a moje zapiski stawały się coraz bardziej entuzjastyczne.

Ze stanu bliskiego ekstazy wyrwał mnie ryk przelatującego obok jaskrawozielonego motocykla, który pochylił się na zakręcie serpentyny wiodącej z Tolkmicka do Pogrodzia drogi.

- Kurwa! – zapisało się w cyfrowej pamięci. Palant zburzył misterną piramidę pomysłów rosnących w mojej głowie. Zły jak diabli, skupiłem się na drodze. Wokoło, na polach trwały prace rolne, w pewnym momencie musiałem zatrzymać się, by pozwolić ogromnej maszynie przekroczyć drogę. Rolnik przyjaźnie machał mi z klimatyzowanej kabiny, więc zatrzymałem auto i wyszedłem, by rozprostować nogi. Zadanie okazało się trudniejsze niż wydawało się, gdyż olbrzymia machineria ledwie mieściła się na drodze. Po kilku chwilach młody mężczyzna otworzył drzwi i z wyraźnym wstydem zapytał, czy nie pomógłbym mu, gdyż to „nówka blaszka”, a on dopiero drugi raz nią jedzie. Oczywiście zgodziłem się. Wokoło nikogo, pomysły generalnie były zapisane, więc idąc przed olbrzymem, gestami naprowadziłem kierowcę na kolejny zjazd. Znowu machanie i wreszcie w drogę. Straciłem prawie piętnaście minut, ale spotkanie z rolnikiem oczyściło mój umysł z gniewu, a nawet zakiełkowała nowa, ciekawa myśl. Ruszyłem z przepisową prędkością i ponownie stanąłem tuż przed Pogrodziem. Policyjna Megana błyskała ostrzegawczo niebieskimi światłami blokując drogę. Przed nią leżał na środku drogi zielony motocykl, częściowo zasłaniając czarną postać i klęczącego przy niej policjanta. Zatrzymałem się blokując drogę od Tolkmicka i włączywszy światła awaryjne podbiegłem do funkcjonariusza.

- Żyje? Mogę jakoś pomóc? – Wyrzuciłem z siebie.

- Niech go pan przytrzyma, albo nie, ma pan jakiś koc? Kiwnąłem głową, bo w służbowych samochodach mieliśmy masę różnych klamotów. Wróciłem z kocem i apteczką. Policjant z dwoma gwiazdkami na pagonach, opanowanym głosem wydawał mi polecenia, a ja je sprawnie wykonywałem. Dwukrotnie jeszcze biegłem do swego auta, by przy pomocy noża i kombinerek zdjąć uszkodzony kask z wymalowanym aerografem truposzem. Motocyklista miał paskudnie złamaną w nogę kolanie, a z głowy pęknięty plastyk kasku zerwał spory kawał skóry i krew ciekła strumieniem. Chłopak był przytomny, choć chwilami nam odpływał. Przenosił wzrok ze mnie na oficera, lecz wydawało się, że patrzy gdzieś ponad nasze głowy. Chwilami zagadywał nas, jakby nie wiedział skąd się wziął w tym miejscu, potem wchodził w rozmowę z kimś innym, niewidzialnym dla nas zadając pytania i samemu odpowiadając.

Z daleka dobiegł nas dźwięk pędzącej karetki i wozu strażaków ochotników z Milejewa zapewne, a ja zesztywniałem czując, że włosy stają mi na całym ciele.

- Nie czuję od niego alkoholu, ale musiał się naćpać! – Mruknął policjant, robiąc miejsce ratownikom. – Dziękuję serdecznie za pomoc.

- Wysmarował się pan…, krwią, na spodniach. O, są chłopaki – wskazał wzrokiem na podjeżdżającą policyjną Kię.

- Nie ma za co. Minął mnie na serpentynie, wie pan, za Tolkmickiem. Leciał na złamanie karku. A pan też ma poplamiony mundur.  Tutaj niedaleko, przy sklepie jest klub, gdzie powinni nam pozwolić się obmyć. Jak nie, to zostaną brzydkie plamy.

Policjant skinął głową i podszedł do strażaków na krótką rozmowę.

- Jeżeli cofnie się pan trochę, to może pan objechać przez Chojnowo. Niech pan na mnie poczeka przy tym klubie, spiszę pana zeznanie w sprawie tego ściganta.

Sympatyczna pani w średnim wieku udostępniła mi łazienkę, a widząc plamy pośpieszyła z cennymi radami. Potem, gdy powiedziałem o wypadku i jak pomagałem zaproponowała mi kawę i wraz ze mną oraz dwoma paniami, które nie wiadomo skąd się wzięły, usiadła by posłuchać mojej historii.

- Mam prośbę. Ten oficer także ratował motocyklistę. Zrobi mu pani filiżankę kawy? – Poprosiłem widząc zbliżającego się policjanta. Panie jak na komendę odwróciły głowy, po czym poderwały się jak spłoszone ptaki. Po chwili, policjant w mokrych spodniach i koszuli przysiadł się.

- O kawa? Dziękuję pani – uśmiechnął się do gospodyni klubu, po czym wyjął z torby niewielki notes.

- Mogę prosić o pana dane? I dowód osobisty? – zaczął spisywać informacje do notesu. Potem zapytał o moje pierwsze spotkanie z motocyklistą. Pisząc kiwał głową. Gdy przekazałem mu to, co usłyszałem od miłych pań młody oficer uniósł brwi w zdziwieniu.

- O, proszę! – mruknął notując. – Wygląda na złote dziecko. Bogaci rodzice, brak opieki, każda spełniona zachcianka…, dragi…

- Wie pan co, panie…

- Podkomisarz Ludwik Krajewski – pośpieszył z nazwiskiem.

- Coś mi się wydaje, że to nie prochy – powiedziałem nieśmiało.

Zaskoczony patrzył na mnie dłuższą chwilę.

- A co, zna się pan na tym?

- Nie, skąd, to takie amatorskie zainteresowania. Pewnie zrobią mu badania krwi, ale nie zdziwiłbym się, gdyby nie znaleźli ani alkoholu, ani narkotyków czy innego świństwa.

Twarz Krajewskiego wydłużyła się, a wyraz rutynowej uwagi przeszedł w napiętą ciekawość.

- Co ma pan na myśli?

- A nie, nie chcę teoretyzować ani wymądrzać się. Ale jeżeli moje przewidywania potwierdzą się, niech pan zadzwoni. Mój numer ma pan zanotowany. Tylko najlepiej po piętnastej – rozumie pan – praca.

Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni i odjechałem w kierunku Fromborka. Ale nie umiałem skupić się na planowaniu działań związanych z projektem. Moje nie-sny zaczęły męczyć mnie na jawie.

 

***

Front pogodowy z  Rosji przyniósł najpierw długo oczekiwane ochłodzenie, a potem falę gwałtownych burz, którym towarzyszyły dawno temu nie widziane w tym rejonie cyklony. Wraz z nimi znowu załogi policyjne i karetek oraz drużyny strażackie miały pełne ręce roboty. Ludwik Krajewski, wraz z plutonami  policji i wojska wziął udział w akcji poszukiwawczej dwunastolatka, który w nocy wyszedł z obiektu kolonijnego i zniknął w nadzalewowym lesie. Kiedy nad ranem znaleziono chłopaka, ten spał w wysokiej trawie kilkanaście metrów od drogi, brudny i podrapany, ale cały. Ludwik wraz ze swoim zespołem dotarł w na miejsce, kiedy ratownicy układali chłopaka na noszach.

- Naćpany? – Doleciał go ściszony głos jednego z młodych ratowników. Coś go tknęło.

- Poczekajcie! – Rzekł głośno i przecisnął się przez otaczających karetkę ludzi.

Ciało drobnego blondynka drżało, na policzku widniały ślady po zaschniętej krwi w miejscach, gdzie kolce pocięły ją, w zmierzwionych włosach tkwiły listki i zeschnięte igły. Dzieciak miał szeroko otwarte powieki, lecz wzrok koncentrował się  gdzieś wysoko. Usta dziecka poruszały się.

- Słyszysz mnie… Marcin? – Przypomniał sobie imię zaginionego.

Przez twarz przebiegł skurcz, lecz oczy nadal wpatrywały się w niebo. Krajewski pochylił się i prawie przyłożył ucho do ust chłopca.

- Musimy go szybko…

- Cii! – przerwał obcesowo podkomisarz. Zaskoczeni ratownicy znieruchomieli na moment wpatrując się w pochylonego oficera. W końcu Krajewski uniósł głowę, położył swoją dłoń na policzku leżącego i pogłaskał go delikatnie. 

- Gdzie go wieziecie?

- Do wojewódzkiego, w Elblągu.

- Proszę przekazać, aby, kiedy Marcin się obudzi, ktoś zadzwonił do nas na komendę. Będę chciał porozmawiać z nim.

Ratownik skinął głową i pchnął nosze ku karetce.

- Cholera, co się tu dzieje? – Doleciał go głos zza pleców. Brodaty sierżant z jednostki wojskowej w Braniewie stał obok kilku mundurowych, którzy stali przy terenowym mercedesie, którym dowieziono im zaopatrzenie. – Ten mały wyglądał zupełnie jak Waldek...

- Zaraz powiesz, że ruscy jakiś gaz przez granicę puszczają. – Odezwał się jeden z jedzących.

- A co, kurwa, myślisz, że to niemożliwe? – Sierżant podniósł głos.

- Dobra, przestańcie pieprzyć, bo ludzie słuchają… - rzekł kolejny żołnierz.

Krajewski wszedł w przydrożne drzewa, po czym zakręcił i podszedł do mercedesa.

- Dobry panowie. Wesprzecie może kawą? Na nos padam…

Wojskowi popatrzyli po sobie.

- Jasne, niech się pan częstuje? Może bułkę? Andrzej, polej panu…, sorry, chciałem powiedzieć porucznikowi.

Ludwik wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Jasne, mogę być podporucznikiem. Podkomisarz Krajewski.

- Co z chłopakiem? Widziałem, że był pan przy noszach. – Odezwał się brodaty sierżant.

Policjant spojrzał na wojskowego. Lekko łysiejący, z mocną opalenizną, jakiej nie zapewnia słońce nad Bałtykiem. Kwadratowa szczęka i lekko wygięty nos, uważne oczy pod grubą linią blond brwi. Weteran – pomyślał Ludwik.

- Wygląda na to, że jest wyziębiony i trochę podrapany, ale nic złego mu się stało. Poobserwują go zapewne do jutra i odeślą do ośrodka.

Rozmowa się nie kleiła. Komisarz dopił swoją kawę i podziękował, gdy z zza zakrętu wyłoniły się trzy wojskowe ciężarówki.

- No chłopaki, szykować się! – zakomenderował dowodzący chorąży. Ludwik wykorzystał moment, że sierżant ruszył w las i poszedł za nim. Gdy ten wracał, komisarz wypalił:

- Słyszałem panie sierżancie, co pan mówił, o swoim koledze. Ja wiem – podniósł dłonie w uspokajającym geście – że to tajemnica, ale to już kolejna osoba, którą widziałem w takim dziwnym stanie, coś się niepokojącego dzieje. Proszę, to moja wizytówka. Może pogada pan z lekarzem jednostki albo kimś odpowiedzialnym. Chcemy tę sprawę jak najszybciej wyjaśnić, zanim stanie się coś naprawdę złego.

Kwadratowa szczęka sierżanta zacisnęła się, lecz dłoń bez słowa przyjęła wizytówkę. Wojskowy minął go i chwyciwszy swój plecak, wspiął się do szoferki Jelcza.

Ludwik zwlókł się z łóżka dopiero około drugiej, kiedy wibrujący telefon o mało co nie spadł z szafki. Był półprzytomny, ale oficjalny głos dyżurnej komendy szybko otrzeźwił go. Przekazała mu, że chłopak się ocknął, lecz szpital zgadza się na rozmowę tylko pod opieką psychologa, a ta kończy o piętnastej. A poza tym, cóż to za prywatne śledztwo pan podkomisarz prowadzi?

Ludwik potwierdził, że jutro z rana zamelduje się do zastępcy komendanta, po czym ochlapawszy się wodą, wrzucił na siebie cywilki i popędził do szpitala. Jak zwykle, ogromny budynek buzował ludzkimi głosami, pachniał mieszaniną potu, środków dezynfekujących, odgrzewanego jedzenia i ludzkiego cierpienia. Chwilę czasu zajęło, zanim przełożona pielęgniarek z dziecięcego ściągnęła panią psycholog.

Kobieta w średnim, nieokreślonym wieku, trochę zbyt mocno umalowana, co zapewne miało maskować kurze łapki przy oczach przywitała się oficjalnym wyciągnięciem dłoni. Krajewski uścisnął ją, choć generalnie uważał tak jego antenaci, że podawanie kobiecie dłoni odziera ją z przynależnego tej płci uroku.

- O czym chce pan rozmawiać z Marcinem? – Zapytała urzędowym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.

- Chcę wyjaśnić okoliczności zaginięcia, a przy okazji sprawdzić, czy na obozie wszystko odbywa się prawidłowo. Rutyna. – Próbował uśmiechnąć się, ale widząc minę pani psycholog zrezygnował z „polepszania” atmosfery.

- Proszę, niech pan siądzie tu, a ja za chwilę przyjdę z chłopcem. – Zakomenderowała.

Krajewski wszedł do ozdobionego bajkowymi postaciami pomieszczenia, gdzie na półkach stały zabawki i kolorowe książki, a podłogę pokrywał dywan z wzorem ulic i domków.

Marcin wyglądał znacznie lepiej, umyty,  w czystej piżamie, z plasterkami na twarzy i rękach.  Skinął grzecznie komisarzowi i siadł na wskazanym, wyściełanym krześle.

- Jak się masz, Marcinie? – Przywitał się wesołym głosem.

Chłopak drgnął zaskoczony, przez twarz przebiegł mu dreszcz, a wzrok wbił się w twarz komisarza.

Psycholog, zaniepokojona reakcją chłopca, rzuciła gniewne spojrzenie komisarzowi, lecz ten ją zignorował.

- Widzę, że już lepiej. Pamiętasz, mówiłem ci, że będzie lepiej.

- Ale oni wrócą… - wyszeptał chłopak.

- Może tak, może nie. Ja jestem policjantem, który cię szukał. Pamiętasz, dlaczego wyszedłeś z ośrodka?

Pokręcił przecząco głową.

- Powiedzieli mi tu, że w nocy wyszedłem. Pytali się, czy lunatykuję… Zapomniałem komórki…

- Jest w ośrodku. To co z tym lunatykowaniem?

- Nie, nigdy nie miałem nic takiego. Ale w nocy, tutaj, miałem takie sny, że było mi gorąco, i musiałem wyjść.

- A opowiesz, co ci się śniło?

- Miał pan… - weszła mu w słowo kobieta, ale powstrzymał ją gestem.

Klatka piersiowa chłopaka zaczęła się szybciej poruszać, twarz podbiegła rumieńcem. Rozejrzał się niepewnie po pokoju.

- Powiem ci Marcinie, że nie tylko tobie się śniło…

Oczy nastolatka rozszerzyły się.

- Nie chcę znowu. – jęknął.

- Chcę ci pomóc. Musimy dowiedzieć się więcej o tych snach. Pamiętasz go?

Pokiwał głową w odpowiedzi.

- Zgodzisz się, żebym to nagrał?

- Do…, dobrze – w głosie chłopca zabrzmiała ulga.

- Proszę, niech pani nie przeszkadza.

Rozmowa trwała przeszło dwie godziny, a pamięć komórki dawno się zapełniła. Psycholog, mocno spóźniona do domu, odprowadziła Marcina do sali, po czym wróciła do Krajewskiego.

- Może mi pan wyjaśnić o co tu chodzi? – Zapytała agresywnie.

Prychnął w odpowiedzi.

- Słyszała pani. Powiem tylko, że prowadzimy śledztwo w tej sprawie. Mogę jedynie prosić, żeby przekazała pani dyżurnej lekarce, aby bardzo uważali na niego, bo może sobie coś zrobić śpiąc. Najlepiej będzie, gdy zacznie się coś dziać wybudzili go. Tylko tyle mogę powiedzieć. Dziękuję za pomoc. – Skinął głową i wyszedł. Idąc korytarzem dopiero spostrzegł strugi deszczu walące w wysuszony trawnik. Do samochodu miał dość daleko, więc postanowił przeczekać. Sięgnął po komórkę, a z kieszeni wyciągnął notes.

- Hm – mruknął, po czym wystukał numer do poznanego niedawno psychiatry.

 

***

Sporo się nauczyłem. Nie, żebym był w stanie kontrolować swoje nocne podskoki i wrzaski, ale swoje zachowania w nie-śnie. Któregoś ranka, jadąc do pracy zrobiłem sobie zestawienie tego, co wiedziałem, czego się domyślałem, a co wciąż pozostawało dla mnie zagadką.

A zatem do pewników należało, że tylko nieliczne osoby potrafiły wchodzić w nie-sen, w różne jego fazy albo bardziej precyzując - na różne poziomy doświadczenia - coś jak w grach komputerowych.  Na swój użytek podzieliłem ich na obserwatorów, którzy tak jak ja mogli przemieszczać się w przestrzeni a nawet czasie by obserwować cudze sny. Jednym z moich doświadczeń było przyglądanie się pewnemu śpiącemu Duńczykowi, który zapewne musiał z firmy buchnąć jakąś kasę i widział swoje aresztowanie. Obserwatorzy, a było ich zapewne najwięcej, musieli dla swojego dobra ukrywać swoją obecność przed kolejną grupą, czyli kontrolerami. Ci potrafili wpływać na przebieg snów ludzi pojawiając się w nich najczęściej pod swoją własną postacią, bądź szepcząc coś śpiącemu, ewentualnie podsuwając obrazy. Dzięki temu potrafili oddziaływać na realne życie kontrolowanych, czasami zmuszając ich do popełniania strasznych czynów.

Domyślałem się, że jest możliwość wprowadzenia się w stan nie-snu albo zapobieżenia wejściu weń. Zazwyczaj szybko zasypiałem, więc nie byłem w stanie zapamiętać momentu przejścia. A ze względu na żonę, instalowanie kamery i mikrofonu nie było możliwe. Byłem także przekonany, że obserwator, jeżeli będzie wytrwały, potrafi stać się kontrolerem, choć zapewne specjalne predyspozycje były ważniejsze.

Dość dużo poruszałem się po kraju. Teraz przeszukiwałem własne wspomnienia oraz Internet w poszukiwaniu  notatek o nietypowym zachowaniu się ludzi – głównie kronik kryminalnych i towarzyskich. W jednych miejscach zjawiska nie-snu w ogólne nie występowały, choć może nie zostały odpowiednio opisane i upublicznione.

I wreszcie była cała masa zagadek, jak na przykład ów czarny cień, który męczył tamtego Araba, czy odporność ludzi na nie-sen, albo możliwość wejścia w niego w czasie normalnego, świadomego funkcjonowania. Co sprawiało, że niektórzy, jak motocyklista pod Pogrodziem byli w tym dziwnym stanie, który doprowadzał ich do tragicznych zdarzeń? I najważniejsze pytanie: jaka była skala tego zjawiska i czy ktoś z rządu próbował to kontrolować?

Spisałem sobie to wszystko w notesie w pracy, zanim spotkałem się z szefem, by omówić moją koncepcję. Naprawdę wytężałem wszystkie siły, by pozostać maksymalnie skoncentrowany. Prezentacja wypadła chyba dobrze, miałem sporo pytań, na które udało mi się rzeczowo i spójnie odpowiedzieć. A po wyjściu klapnąłem na swój obrotowy fotel kompletnie wyczerpany.

W porze lunchu zadzwonił Krajewski, że chciałby się spotkać. Zaskoczył mnie, choć podświadomie chyba liczyłem na telefon od niego. Ale dałem warunek – z jego strony ma być także zupełna szczerość, nawet kosztem tajemnicy służbowej. Zamilkł na moment, pewnie zakrył mikrofon dłonią, potem powiedział, że OK. Jako, że następnego dnia miałem wcześniej kończyć pracę, by odwieźć żonę i dzieciaki na Pendolino do Malborka, umówiłem się na popołudnie na polu golfowym. Dawno już nie grałem, miałem wreszcie trochę czasu dla siebie, a poza tym, Sand Valley to miejsce, gdzie można bez przeszkód pogadać przez kilka godzin. Poprosiłem, by komisarz ubrał się po golfowemu.  

Był nowicjuszem, ale miał dryg i był zawzięty. Dostosowałem tempo gry do Krajewskiego, by pogadać. Oczywiście na początku chciał ze mnie wydusić wszystko, nic nie dając od siebie. Ale to przy mnie były atuty, więc zaczął od tego, że we krwi motocyklisty nie wykryto ani alkoholu ani środków pobudzających. Potem zarzucił mnie serią pytań, lecz zbyłem go słowem: szczerość. Skapitulował. Po siódmym dołku usiedliśmy na ławce koło domku serwisowego. Powiedział mi o „fińskim skoczku”, o wizycie we fromborskim psychiatryku i wreszcie o nastolatku z nadzalewowego ośrodka wypoczynkowego.  

- Zaczyna to wyglądać na epidemię. Rozmawiałem wczoraj z jednym z przełożonych naszego okręgu. Myślałem, że wyśmieje mnie, młodego policjanta, ale chyba coś jest na rzeczy, bo w „wolnym czasie” – tak powiedział - mogę się tym zajmować. Ma to być oczywiście poufne - spojrzał mi znacząco w oczy.

Kiwnąłem potwierdzająco.

- To teraz moja kolej. Niech się pan trzyma komisarzu i nie patrzy na mnie jak na wariata. – Powiedziałem czerwieniejąc się. Wiek, wykształcenie, pozycja społeczna – to kładłem na szali.

Gdy mówiłem, twarz Krajewskiego wyraźnie zmieniała się. W sumie to dobrze, że słuchał mnie taki młody człowiek, bo ktoś starszy i bardziej doświadczony, z powodu właśnie fachowej wiedzy i życiowych obserwacji, potraktowałby mnie w najlepszym wypadku jak psychicznego, który szuka sławy. Kiedy wreszcie skończyłem, przez dłuższą chwilę milczał.

- Nie mogę w to uwierzyć – sapnął wreszcie. – No, ale sam widziałem skutki na własne oczy. Wie pan co, biorąc pod uwagę moje obserwacje, można wnioskować, że zdarzenia te zachodzą właśnie w tym regionie. Pasłęk, Braniewo, Pogrodzie, powiedzmy Elbląg.

- Możliwe też, że i po drugiej stronie granicy – wszedłem mu w słowo.

- Tak, całkiem możliwe. Ciekawe, czy ten nie-sen, jak pan to określa, jest ograniczony czasowo?

- Trudno powiedzieć, ale mam propozycję, żeby spróbować to skojarzyć z kalendarzem, pogodą, może jakimiś szczególnymi zdarzeniami. Sam zacząłem szukać w Internecie, ale trudno powiedzieć, jakie były przyczyny pewnych zachowań. Strony plotkarskie nie zawierają wielu konkretnych informacji. Za to policyjne… - spojrzałem znacząco na młodego policjanta. Ten milczał, przyglądając się dwóm zgrabnym dziewczynom, które minęły nas pchając wózki z kijami w stronę ósemki.  

- Chciałbym wrócić do przypadku tego chłopca – Marcina. Boję się, że znowu może mieć koszmarne sny. Czy – zawahał się – czy spróbowałby pan dostać się do jego snu i sprawdzić, czy nie ma przy nim, jak to pan określa – kontrolera.

- Hm, nie wiem czy jest to możliwe. Poza tym musiałbym wiedzieć, gdzie się znajduje i oczywiście jak wygląda.

- To da się załatwić. Tylko będziemy musieli podjechać do ośrodka.

- Ale nie dzisiaj. Zagrajmy chociaż te dwa dołki, by zrobić pierwszą dziewiątkę. A propos, jak się panu podoba?

- Chyba zaczynam łapać, o co chodzi w tym wszystkim. Poza tym, fajne dziewczyny tu grają. Często można takie tu spotkać?

Pokiwałem głowę i chwyciłem za rączkę wózka. Dołek numer osiem, par 5. Jeden z moich ulubionych. Trzeba się było sprężyć.

 

***

Uderzenie przyszło z niespodziewanej strony, znad granicy z Rosją. Najpierw była to narastająca fala plotek, następnie kolejne filmiki w Internecie, wreszcie oficjalne informacje najpierw podane przez media lokalne, potem potwierdzone przez ścigające się ekipy telewizji z Warszawy, a potem z całego świata. Krajewski właśnie przykładał kufel z piwem do ust, kiedy zabrzmiał telefon. Zaklął wściekle, bo był to sygnał specjalny, alarmowy. Odsłuchał nagranie z automatu, szybko pożegnał się i popędził do domu. Po drodze zobaczył sąsiada, wopistę, który na spacerze z rodziną odebrał podobny sygnał, i wyrwał w kierunku bloku. Spotkali się przy wejściu, wymienili zdumione spojrzenia i każdy z nich zdał sobie sprawę, że sytuacja musi być poważna. Ludwik uściskał żonę, chwycił „alarmową” torbę z mundurem, wyciągnął broń ze stalowej kasetki i pobiegł  do samochodu, po drodze o mało nie zderzając się z żołnierzem. Na podwórku komendy wrzało, ledwie zdołał wcisnąć samochód między dymiącymi silnikami radiowozami i podstawionym autokarem.

- Jesteś! – Rzucił mu szybko nadkomisarz Stawka – leć po hełm i kamizelkę, dostaniesz pododdział. Zajdź do operacyjnej i odbierz rozkazy. No ruchy!

Hełm, kamizelka oznaczały naprawdę grubą sprawę. W operacyjnej dowodził zastępca komendanta, gdyż stary bawił na urlopie. Na jego widok dał przywołujący znak dłonią.

- Bierzesz mapę, masz sektor… - zerknął do odręcznych notatek… - Pogrodzie, Chojnowo. Radiostację wziął Korba, meldujesz się na miejscu. Moje stanowisko na posterunku w Tolkmicku. Kontakt co pół godziny, licząc od osiemnastej. No, ruszaj!

- Dobrze, ale o co chodzi? – Wydusił z siebie podkomisarz.

- Kurwa, następny ciemniak. Skoczków szukacie, lotników znaczy. No, wyjazd!

Krajewski pomknął schodami mijając się z innymi biegnącymi na odprawę. Jacy lotnicy? Czy to o tym krzyknął mu Wasilewski na schodach?

W radiowozie siedziało już sześciu dopinających się ludzi.

- Cześć – sapnął Ludwik gramoląc się na miejsce i zamykając przestawne drzwi. Dostawczy FIAT natychmiast szarpnął a kierowca włączył sygnalizację. Krajewski rozejrzał się. Na przednim siedzeniu siedział sierżant  Korba, czterdziestoparoletni weteran. Ludwik rozpiął pas i wysunął głowę miedzy przednie siedzenia.

- Niech pan mówi, co się dzieje. O jakich skoczków chodzi.

Sierżant pochylił się ku niemu, a jego oddech oszołomił Krajewskiego.

- Nasi z Air Policing przechwycili dwa ruskie samoloty nad naszą częścią Zatoki Gdańskiej. Najpierw ci ruscy bardzo blisko przelecieli nad okrętami NATO, które wracały po ćwiczeniach. Któryś z naszych kapitanów nie zdzierżył i odwalił w ich kierunku serię z pokładowej armaty. Jeden z nich odleciał, ale drugi zawinął się i odpalił rakietę. Ponoć w ostatniej chwili zestrzelili pocisk, ale jacyś ranni marynarze są. Nasi poderwali Migi z Malborka i maszyny z Litwy. A w rusków jakby diabeł wstąpił, wlecieli nad Polskę i ostrzelali jakiś autobus czy coś, nie wiem. Jeden z nich zdołał zwiać a drugiemu Mig przysolił rakietą i kacap spadł na wysoczyźnie, a piloci się katapultowali. Draka jak cholera.

- Widziałem filmik na internecie jak jeden z tych rusków szalał nad siódemką. Zdmuchnął silnikiem ciężarówkę z drogi. Co najciekawsze, TIRa z Kaliningradu. – dodał kierowca.

- Ja pier… - Krajewski powstrzymał koniec wyrażenia.  – Co macie z sobą? No, broń?

- Kałachy, pompki[8] i sporo amunicji.

- A kiedy tamci spadli?

Korba wzruszył ramionami.

- Nie wiem dokładnie, ale chyba bardzo niedawno, jakieś czterdzieści minut do godziny.

- Czyli daleko nie uszli. Jeżeli nie ranni, to mają pewnie tylko pistolety ze sobą.

- O, posterunek żandarmerii, kiwają na nas! – Kierowca począł zwalniać.

FIAT podtoczył się do wojskowej terenówki i zamarł. Policjanci z obydwu radiowozów sprawnie wyskakiwali poprawiając oporządzenie. Krajewski dostrzegł oficerskie gwiazdki i poszedł się zameldować. To w końcu była operacja wojskowa.

Przed dziewiętnastą, przez radio dowiedzieli się, że pierwszego pilota zlokalizowano w pobliżu Milejewa i ruszyła za nim obława. Po piętnastu kolejnych Rosjanin, po wystrzeleniu (na szczęście niecelnym) dwóch magazynków został obezwładniony i zabrany do Elbląga, gdzie zebrał się sztab kryzysowy.  Krajewski odebrał wiadomość z punktu dowodzenia, gdy szedł wraz z tyralierą  przez pola w stronę szosy Pogrodzie – Frombork. Robiło się szaro, gdy od strony Fromborka doleciały ich odgłosy strzałów, a zaraz potem zatrzeszczała krótkofalówka. Ruski uciekał przed wojskiem w ich stronę… na traktorze. Ledwie wykrzyczał ostrzeżenie, gdy zza przewyższenia wyskoczył (dosłownie) czerwony pojazd plując wściekle dymem i warkocząc opętanie. Zaskoczenie było obustronne, lecz policjanci zareagowali szybciej: krótka seria z kałacha rozerwała wielką oponę i maszyna z hukiem wbiła się w ściernisko. Silnik wciąż pracował kręcąc kołami i przesuwając pojazd nierównymi zrywami. Któryś z funkcjonariuszy przytomnie przyskoczył, kolbą zbił przednią szybę, po czym zanurkował obok oszołomionego pilota i wyłączył silnik. Na ułamek sekundy zapadła głucha cisza, potem zduszony okrzyk o pomoc. Wyciągnęli człowieka za ramiona. Głowa mu latała, ale wciąż próbował walczyć, gulgocząc i mamrocząc nieskładnie. Podcięty opadł na kolana a bransoletki zapięte z tyłu ostudziły go. Krajewski, jako dowodzący podszedł i pochylił się nad pilotem. Czuć było od niego charakterystyczny chemiczny zapach lotniczego paliwa wymieszany z jakimś środkiem dezynfekującym.

- Obmacaj go, czy cały! – Rzucił do stojącego za skutym policjanta. Sam chwycił Rosjanina dwoma rękami za głowę, przypominając sobie jakieś szkolenie, przeczesał mu czaszkę w poszukiwaniu ran. Krótkie włosy były przetłuszczone i zmierzwione, pełne roślinnych resztek a twarz pobrudzona ziemią.

- Kak siebia czuwstwujesz? – Przypomniał sobie kwestię z filmu. Rozbiegane oczy na ułamek sekundy zatrzymały się na nim, po czym ruszyły dalej. Podkomisarz nagle zdał sobie sprawę, że niedawno widział dokładnie taki sam wyraz twarzy – zesztywniałej od wewnętrznego napięcia, lekko wytrzeszczonych oczu o rozszerzonych źrenicach krążących we wszystkich kierunkach.

- Śniło ci się? – Zapytał pochylając się do ucha pilota.

Tamten gwałtownie drgnął a jego czaszka grzmotnęła policjanta w brodę. Stojący za pilotem funkcjonariusz przydusił tamtego do ziemi.

- Nic mi nie jest – mruknął Ludwik, choć szczęka go bolała. Sięgnął po krótkofalówkę i przekazał meldunek. Po chwili pojawił się wojskowy Honker, a za nim terenowy Jelcz.

- Niezłą będzie miał obstawę. – Doleciało zza pleców.

- Myślisz, że będą chcieli go odbić? – Zapytał inny głos.

- Z nimi nic nie wiadomo. Nie zdziwiłbym się, gdyby spróbowali.

Jakby w odpowiedzi, doleciał ich zduszony odległością dźwięk lotniczych silników. Kilka głów uniosło się do góry.

- To nasze Migi. – W głosie było sporo ulgi.

Wojskowi sprawnie podjechali. Oficer w randze kapitana wyskoczył z szoferki. Nim podszedł, Krajewski zaszedł mu drogę i chwycił za łokieć. Zaskoczony żołnierz wytrzeszczył nań oczy.

- Niech pan słucha kapitanie. Facet wygląda na naćpanego, ale tak nie jest. Odstawcie go na oddział psychiatryczny, skontaktujcie się z doktorem Karwaszem z Fromborka, który bardzo dużo wie o takich wypadkach. Ja – zarumienił się – także sporo wiem na ten temat, więc warto mnie z nim skonfrontować. Zapamięta pan?

Kapitan kiwnął głową.

- Lekarz Karwasz, a ja jestem podkomisarz Krajewski – powtórzył dobitnie.

Wojskowi chwycili pilota i wrzucili go na pakę.

- To co, zbieramy się? – Korba przejął inicjatywę. – A to się chłop zdziwi, jak zobaczy swój traktor. O kurwa! Już leci do nas! Niech go który zatrzyma!

 

***

Na wspomnienie dzisiejszego, rannego upokorzenia Scheppkemu to stawały łzy w oczach, to zaczynał się trząść, a słowa, niegodne pruskiego oficera policji, same pchały się przez ściśnięte zęby. Przybyły z Elbinga zastępca nadprezydenta prowincji  w towarzystwie odzianego w oficerski mundur funkcjonariusza, którego Otto wcześniej nie widział, kazał go wprowadzić do pokoju komendanta i przez dłuższą chwilę lustrował wachmistrza prężącego się jak struna. Scheppke czuł cieknące spod pikielhauby stróżki potu zalewające mu oczy, przyklejona do pleców koszula niemiłosiernie drażniła, podobnie jak mucha, która upatrzyła sobie jego czerwony od słońca kark. Jedynie oczy podążały za urzędnikiem, który podniósł się z fotela, w którym kilka dni temu jeszcze on, wachmistrz Scheppke zasiadał i nadzorował policję w Braunsbergu.

- Tylko wasz młody wiek i brak doświadczenia są okolicznością łagodzącą. – Wybuchnął w końcu cesarski urzędnik.  – Cóż to za raport wypisaliście? Co za bzdury o snach? Jak mogliście rzucić podejrzenie na bogobojną rodzinę? Nawet, jeżeli ów nieszczęśnik nie wszystko miał po kolei w głowie pokładane, to jego ojciec swego czasu poniósł wielkie zasługi dla Rzeszy, a ojczyzna mu winna jest za to tylko szacunek.

Urzędnik wstał zza biurka i podszedł do czerwonego, spoconego wachmistrza, który miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Z ogrodu, przez niedomknięte okno wleciała pobzykująca osa, która poczęła obijać się o meble i ściany.

Zastępca nadprezydenta nagle machnął ręką tuż przed nosem policjanta odganiając owada.

- Nadużyliście władzy Scheppke! – Krzyknął niespodziewanie aż policjant drgnął. Cały posterunek i sąsiedztwo musiały wszystko dokładnie słyszeć. Urzędnik skinął na oficera, który wstał z krzesła i dużo spokojniejszym głosem, z jakimś zachodnim akcentem zaczął odczytywać zarzuty władzy wobec Scheppkego. Ten początkowo próbował zaprotestować wobec ewidentnego… przekłamania, bo przecież przełożeni zawsze mieli rację. Lecz krótkie:

- Milczeć! - Odebrało mu chęć do dyskusji.

Oszołomiony, z wciśniętym papierem w dłoni wyszedł z gabinetu komendanta, ucinając ciche rozmowy stojących przy drzwiach funkcjonariuszy. Komendant, czerwony na twarzy i wyraźnie zdenerwowany suchym głosem kazał mu zdać służbową szablę i rewolwer, po czym wyprosiwszy pozostałych policjantów syknął wściekłym głosem:

- A ja wam zaufałem, poparłem wasz awans, a wy co? Taka odpłata? Jeśli coś na mnie…  - zamilkł i gwałtownie wyprostował się, gdy z trzaskiem otworzyły się drzwi.

- Wachmistrz Scheppke zostaje skierowany na tygodniowy urlop, po czym zamelduje się w prezydium policji u mnie, o ósmej rano. Przez ten czas zastanowimy się, co z wami zrobić, a i przyjrzymy się waszemu posterunkowi komendancie. Broń zdaliście, Scheppke? – Oficer przeniósł wzrok na zgnębionego wachmistrza.

- Tak jest, herr… - Otto nie wiedział do kogo się zwraca.

- Komendancie, proszę wypisać mu urlop, a wy… lepiej dobrze wypocznijcie. I wybijcie sobie ze łba te bzdury.

Butelka sznapsa była prawie pusta, podobnie jak dusza policjanta. Gdyby miał broń, wtedy honorowo, palnąłby sobie w łeb. Choć z chłopów się wywodził, to ponoć kiedyś jego przodkowie wywodzili się ze szlachty, choć polskiej.

Ale broni nie miał. Poczucie godności munduru, które było jak druga skóra, nie pozwalało w takim stanie wyjść do szynku, by się dopić. Scheppke wstał i wyszedł do wychodka, gdzie lejąc gdzie popadnie odważnie odpowiadał na oskarżenia. Potem z trudem wdrapał się do swojej izby, zatrzasnął drzwi, potknął się o przewrócone krzesło i rymnął jak długi na podłogę.

- Szlag – wymamrotał i głośno zachrapał.

 

***

Scheppke był tak zaskoczony, że aż się wystraszył. Siedział na brzegu krzesła, napinając mięśnie nóg, by nie przewrócić się, gdyby ktoś chciał wyszarpać siedzenie spod niego. Lecz komisarz de Berge, komisarz polityczny de Berge wydawał się wciąż być ukontentowany z ich spotkania. Mając przed oczyma ich rozmowę sprzed tygodnia, upokorzenie którego doznał, oczekiwał nagłego wybuchu, który przypieczętuje jego los. Czy zasłużył na to? Nie, absolutnie nie – tak podpowiadały mu sumienie i serce, lecz w pruskiej armii i policji, to przełożeni mieli głos decydujący.

Mężczyzna za potężnym, ciężkim biurkiem wydawał się być w doskonałym humorze. Jego młoda twarz okolona krótko przyciętymi, jasnymi włosami, przecięta zbyt nastroszonymi wąsami, które zapewne nie układały się tak spolegliwie jak chciałby właściciel, wyrażała serdeczne zainteresowanie wachmistrzem z Braunsberga. Scheppke nie mógł dostrzec koloru oczu ani ciemnych plam pod oczyma, gdyż zaciągnięte story, chroniące pomieszczenie przed upałem, odcinały większość słonecznego światła.

- Niechże się pan rozluźni, Scheppke. – W głosie komisarza   zabrzmiała nuta irytacji. – To co pan usłyszał w Braunsbergu to… to było konieczne, ze względu na pana, zastępcę nadprezydenta i pańskich kolegów, którzy przykleili uszy do drzwi. Ale – fotel komisarza zaskrzypiał gdy ten pochylił się do przodu – zrobił pan naprawdę świetną robotę.

Uczciwie powiem – niewielu policjantów w Rzeszy, a już na pewno żaden wachmistrz potrafiłoby dojść do takich wniosków. Masz pan niezły umysł. Ale dość komplementów. No niech że pan usiądzie wygodnie!

Oszołomiony Otto poprawił się i odważył głębiej odetchnąć. Napięcie powoli ustępowało, ale wciąż pozostawał czujny.

- Niewiele z tego rozumiem panie komisarzu. – Wydusił z siebie cicho.

De Berge zabębnił palcami po blacie.

- Oj, bo zmienię opinię o panu, Scheppke. Ale dobrze, przejdźmy do rzeczy. Jak pan się zapewne domyśla, komisarz polityczny w całej rejencji zajmuje się badaniem odpowiedniego stosunku kadry policyjnej do monarchii i państwa. Ale to jedno. Ważniejszą rzeczą jest, są takie sprawy, gdzie wymagana jest najwyższa dyskrecja, gdzie ważne persony mogą być narażone na utratę honoru, gdzie wchodzi w rolę szpiegostwo i zdrada vaterlandu.

A pan natrafił na taką dziwną sprawę. Potrafił pan spostrzec, że z pozoru wynik ludzkiej głupoty, albo zwykły wypadek ma głębsze dno i odsiewając ziarna od plew, doszedł pan do wniosków. Może nie do końca słusznych, ale nie miał pan pełnego obrazu tego, co się dzieje. Powiem tylko, że to nie jedyny taki wypadek, ba obawiam się, że będziemy mieli ich coraz więcej.

De Berge wstał z fotela i podszedł do wachmistrza, który karnie stanął na baczność.

- Dlatego też, na mocy plenipotencji danych mi przez cesarskiego ministra, proponuję panu pracę dla mnie.

Na razie jako oddelegowanemu funkcjonariuszowi, a potem, jeżeli się pan spisze, to możliwe, że i na stałe. Przypominam, że cała nasza rozmowa jest ściśle tajna. A zatem, czy zechce pan wachmistrzu kontynuować swoją pracę tu, w Elbingu?

Otto czuł suchość w gardle, choć pot ściekał mu po ciele. Zamrugał i sapnął starając się zebrać myśli. Komisarz stał przed nim wpatrując się w twarz podoficera. Wreszcie Scheppke podniósł wzrok – teraz dopiero dostrzegł świeżą ranę na skroni komisarza i podkrążone oczy, które nie były wynikiem niewyspania.

- Tak jest, zgadzam się panie komisarzu. – Rzekł drżącym głosem i uścisnął wyciągniętą niespodziewanie dłoń. Lewa oparła się na ramieniu wachmistrza.

- Widzę, że jest pan zaskoczony moim wyglądem. Zaręczam, że to nie wynik nocnego pijaństwa, a efekt sprawy, nad którą się głowię. Zaraz wydam odpowiednie polecenia i rozkaz pańskiego przeniesienia zostanie wysłany do komendanta w Braunsbergu. Oficjalnie zostanie przydzielony do oddziału aprowizacyjno-technicznego, więc będzie wyglądało to na degradację, ale będzie uzasadniało pańskie podróże po terenie, pozwoli na nie wzbudzające podejrzeń odwiedzanie posterunków i wielu innych miejsc. Niech pan siada.

De Berge podszedł do drzwi i uchylił je.

- Poproszę przynieść nam dwie filiżanki mocnej herbaty, tak po angielsku. I wezwać Grubbera.

Oficer wrócił na swoje miejsce.

- Zaledwie kilka osób wie o naszej misji, w tym młody Grubber – były kleryk. Będzie pan z nim współpracował. Czy zna pan łacinę lub staroniemiecki? – Zapytał niespodziewanie.

Scheppke wybałuszył oczy.

 

***

Sprawa z Ruskimi wstrząsnęła całą Polską oraz krajami NATO. Miała także daleko idące konsekwencje dla całego regionu. Drogi zaroiły się od turystów pośpiesznie uciekających z nadmorskich i mazurskich kurortów. W drugą stronę z trudnością przebijały się kolumny wojskowe i ci, którzy niespokojni o swoje rodziny mieszkające na północy starali się tam dotrzeć. Sieci komórkowe szwankowały, telewizje prześcigały się w podsycaniu atmosfery grozy – jedne podkreślały potęgę Rosji, inne akcentowały siły sojuszu. Nad Elblągiem i Zalewem wciąż słychać było grzmot silników odrzutowców i łoskot śmigieł helikopterów. Na ulicach pojawiło się więcej policjantów, a straż miejska została uzbrojona i wreszcie działała przez całą dobę.

Ze sklepów zaczęły znikać zapasy, także nasza piwnica zapełniła się zgrzewkami wody mineralnej, kartonami z puszkami, sucha żywność zapakowana w próżniowe torby zaległa na półkach, a dwie lekkie walizki i plecaki wypełniły  starannie zapakowane elementy garderoby. Wszyscy sąsiedzi to robili, więc nasze przygotowania nikogo nie dziwiły.

W pracy wezwał mnie szef i pokazał telefon. Nieznajomy mężczyzna kategorycznym głosem kazał zgłosić się do jednej z jednostek wojskowych następnego dnia na ćwiczenia. Gdy próbowałem sprzeciwić się, mówiąc, że nie mam karty mobilizacyjnej, ten zbył mnie powtórzeniem polecenia, grożąc bliżej nie sprecyzowanymi konsekwencjami.

- Wojsko? – Pytanie bossa zawierało tyle zdziwienia co lęku.

- Tak jutro. Ktoś jeszcze od nas?

Skinął głową i wymienił kilka imion. Świsnąłem przez zęby. Duża część zespołu szła w kamasze.

W domu żona wpadła w histerię, kiedy jej o tym powiedziałem i zajęło mi sporo czasu, zanim udało się ją uspokoić, choć mój poziom pewności siebie znacznie opadł. Obiecałem, że będę uważał na siebie i nie narażał się, co było oczywiście absurdalne, ale w tamtej chwili niezbędne.

Rano, o siódmej stawiłem się na wartowni koszar. Dyżurny sprawdził moje dokumenty, potem powiedział jak dojść i zwrócił się do następnego interesanta. Wojskowa biurokracja rozkręcała się, łapczywie pochłaniając kolejne istoty. Trafiłem do pokoju na pierwszym piętrze, gdzie urzędował jakiś major w towarzystwie porucznika i dwóch podoficerów. Najpierw przepytano mnie na różne okoliczności, potem poinformowano, gdzie mam odebrać umundurowanie, gdzie broń i wyposażenie.

Trochę trwało, zanim spasowali mi najnowszy, pikselowy mundur i buty, jakże różne od tego, co pamiętałem z wcześniejszej „przygody” z wojskiem. Lekkie, przyjemne w dotyku a jednocześnie sprawiające wrażenie bardzo trwałych. Do tego kewlarowy hełm z pokrowcem i kamizelka taktyczna, wraz z zestawem wkładów balistycznych. Jedynie pistolet starszego typu, lecz w końcu byłem rezerwistą powołanym w sytuacji zagrożenia państwa.

Ogłoszono, że wkrótce pojedziemy na strzelnicę a potem na obiad zanim dostaniemy nasze przydziały do konkretnych jednostek i zagoniono nas do świetlicy, gdzie huczał archaiczny, lampowy telewizor. Poczułem zmęczenie i zacząłem przymykać oczy, gdy ktoś klepnął mnie w ramię.

- Panie poruczniku, jest pan proszony – zawodowy kapral w pełnym oporządzeniu otrzeźwił mnie.  Ruszyłem za nim do sąsiedniego budynku, obok dwuszeregu żołnierzy ćwiczących musztrę.

- Jeszcze się w to bawicie? – zapytałem kaprala. Zerknął na mnie zaskoczony.

- Rezerwiści, tacy jak pan. – Odparł – potrzebują trochę czasu na zgranie się.

Budynek przywitał nas chłodem i wyczuwalnym zapachem stęchlizny. Domyśliłem się, że większość budynków koszarowych w każdym z kompleksów wojskowych była nieużywana od jakiegoś czasu. Kapral zapukał energicznie do odrzwi, zza których doleciał ściszone – „wejść!”. Zrobił krok w bok dając mi przejście.

Nacisnąłem drzwi i zmrużyłem oczy oślepiony ostrym, jarzeniowym światłem.

Rodzina przyjęła mnie z ulgą, radością dzieci i strachem żony. Wprawdzie udało mi się do niej wcześniej dodzwonić do pracy i poinformować, że jestem na miejscu i wrócę późno lub bardzo późno, lecz widok mnie w mundurze, a potem kabura z pistoletem zrobiły na niej przerażające wrażenie. Było już dobrze po północy, kiedy wreszcie zasnęła wciśnięta w mój bok. Czułem, jak mi ramię drętwieje, lecz na każdą próbę przesunięcia jej choć o trochę reagowała gwałtownie. W końcu usnęła na dobre, a ja wstałem i wyszedłem na balkon. Któreś z dzieci zakwiliło, więc zajrzałem do dziecinnego, a wracając na powietrze wyjąłem z lodówki zimnego „Speciala”. Czekało mnie zadanie do wykonania, lecz musiałem się wyciszyć, by spokojnie zasnąć.

Z daleka dobiegał wyraźny zgrzyt kół pociągu przejeżdżającego przez rozjazdy. Pomimo, że do torów było stąd kilka ładnych kilometrów, to w czystym, nocnym powietrzu otulającym śpiące miasto głos niósł się daleko. Z tym, że miasto nie spało. W różnych, miej lub bardziej skrytych miejscach wrzała intensywna praca. Na pobliskich wzniesieniach pojawiły się samobieżne stacje radiolokacyjne, na przypoligonowym placu gąsiennicowe wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. O tej porze, z Wesołej powinny docierać na ciągnikach siodłowych pierwsze czołgi z brygady warszawskiej. Koparki, spychacze, wywrotki z okolicznych firm dopiero co rozkręcały się wznosząc w różnych miejscach miasta schrony i ukrycia. Do świtu wszystko miało być znowu przykryte darnią, zaroślami i chodnikami. Wprawdzie Rosjanie widzieli to wszystko z kosmosu, ale noc dawała nam jakąś pewność skrytości.

Gdy wtedy wszedłem do oświetlonego jaskrawym światłem pokoju w koszarach, musiałem zmrużyć oczy. Dopiero po kilku sekundach umiałem rozpoznać twarze kilku siedzących przy stole mężczyzn, a i jednej niewiasty. Najbliżej siedzący poderwał się na nogi i wyciągnął w moim kierunku rękę. Ludwik? Cóż gliniarz robił wśród żołnierzy i cywili? Siwiejący, korpulentny podpułkownik powstał i przedstawił się, po czym przedstawił po kolei siedzących, a następnie wskazał mi krzesło. Usiadłem i machinalnie sięgnąłem po butelkę z wodą. Pomimo pracującej klimatyzacji było mi gorąco. Podpułkownik lekarz podjął wyraźnie przerwaną rozmowę, nazywając mnie ostatnim elementem układanki.

Domyśliłem się, że całe to towarzycho czekało na mnie. Jeden z oficerów na chwilę wyszedł, po czym powrócił w towarzystwie dwugwiazdkowego generała. Wraz z innymi poderwałem się, a moje krzesło z hukiem uderzyło o podłogę. Generał rozsiadł się na krześle pułkownika, który i tak stał. Oficer, który wychodził włączył jakieś urządzenie za moimi plecami, po czym zasłonił okna.

- Bezpiecznie – zameldował.

Pułkownik okazał się być wojskowym psychiatrą, który zaczął opowiadać o schorzeniu, które nazwane było dwuczęściowym, niemieckobrzmiącym nazwiskiem. Wciąż zastanawiałem się, co ja tu robię, kiedy padło moje określenie: nie-sen. Zaskoczony aż uniosłem się na krześle zwracając na siebie uwagę zebranych. Podpułkownik skinął głową w moją stronę, kontynuując. Wreszcie sięgnął po szklankę z wodą a w pokoju zapadła cisza.

- Będziecie wchodzić? – Zapytał generał.

Pułkownik odstawił szklankę i popatrzył na mnie. Zrobiło mi się gorąco. Krajewski próbował mnie powstrzymać, ale wyrwałem ramię i gwałtownie wstałem.

- Na nic się nie pisałem. Rozumiem, że chcecie mnie wrobić, ale ja się na to nie piszę. Nawet nie wiecie, jak tam jest! – Wyrzuciłem z siebie z szybkością serii z Beryla. Generał uniósł się z miejsca i warknął:

- Niech się pan uspokoi poruczniku!

- Co uspokoi! Co uspokoi! – Krew mnie zalała.

Pijąc sobie teraz piwko na chłodnym balkonie wciąż czułem się głupio. Nagle padły dziesiątki pytań, zdziwienie, że nikt mnie o niczym nie poinformował, że nie podpisałem klauzuli tajności, że co tam jeszcze. Teraz generał wściekł się, burknął w moją stronę coś na kształt przeprosin i zaczął tak serdecznie, po wojskowemu opierdalać wszystkich po kolei, kończąc na Krajewskim. Po czym oddał głos czerwonemu jak burak podpułkownikowi, który w końcu wyjaśnił całą sprawę. A więc mieli tu tego ruskiego pilota, który spadł gdzieś nad Zalewem Wiślanym. Rosja domagała się natychmiastowego jego wydania, lecz nasi, po Smoleńsku, mieli ich groźby i prośby gdzieś. Jak dodał generał, wyglądało, że nasi sąsiedzi pomału wymiękają zwłaszcza, że Amerykanie ostro stanęli po naszej stronie, a do Polski zlatywały jak osy do miodu kolejne ich eskadry, przerzucane zza Atlantyku. Dowiedziałem się o roli Krajewskiego w tym wszystkim i o tym, co wyklepał trepom po schwytaniu lotników. Jeden z nich, pilot, znajdował się w koszarach w pośpiesznie dostosowanej do tego izbie w stanie śpiączki farmakologicznej. A ja byłem jedynym człowiekiem, o którym wiedzieli, że potrafi wejść w nie-sen.

- Od pana zależy wyjaśnienie, dlaczego ten człowiek tak zareagował. Jest wysoce prawdopodobne, że od pańskiego działania poruczniku będzie zależeć przebieg tego kryzysu, a może i ojczyzny. Daję panu swoje słowo honoru, że w razie czego, zajmiemy się jak najlepiej panem i pańską rodziną. – Przemówił generał.

Klucha stanęła mi w gardle. Serce ścisnął przeraźliwy strach na nagłe wspomnienie porywacza snu. A jeżeli utknę TAM? Jeżeli sam stanę się ofiarą porywacza? Przecież Ruscy na pewno się takimi rzeczami parają. Czy znajdę tego pilota? Czy…

Szarpnięcie za rękaw wybiło mnie z zamyślenia.

- Taak, chyba się zgadzam. Tak, zgadzam się. – Wydusiłem z siebie niepewnie.

Gdyby moja żona wiedziała, na co się godzę…

Chcieli zaczynać po obiedzie – dać mi kroplówkę i wprowadzić w stan śpiączki, lecz nie zgodziłem się. W końcu jaką mogę mieć gwarancję, że sen wywołany chemią pozwoli na wejście w nie-sen? Powiedziałem więc, że zrobię to w domu, kiedy będę przy bliskich. Ich obecność dodawała mi odwagi. Później zaprowadzono mnie do pomieszczenia o ścianach wyłożonych metaliczną siatką, pełnych aparatury, komputerów, gdzie leżał przypięty pasami pilot. Długo wpatrywałem się w jego twarz, starając się ją jak najlepiej zapamiętać. Szeroka, chłopska, uparta gęba, jaką znałem z filmów dokumentalnych – twarz człowieka sowieckiego. Na monitorze widać było wykresy przedstawiające pracę jego mózgu. Towarzyszący mi major - neurolog powiedział, że wszystko będzie nagrywane po moim wyjściu.

Potem wyjechaliśmy z miasta w stronę wysoczyzny. Terenowy wóz długo krążył, zanim zjechaliśmy do leśnego obozowiska. Zaprowadzono mnie do namiotu sztabowego, gdzie spotkałem starego znajomego, pułkownika, dowódcę brygady z Braniewa. Wraz z kilkoma innymi wyższymi oficerami pozostał w namiocie i rozpoczął się show. Mapy, zdjęcia, slajdy i krótkie filmy przedstawiały obiekty w zonie kaliningradzkiej. Ktoś im najwyraźniej naopowiadał niestworzonych rzeczy o moich umiejętnościach, a im wydawało się, że jak któryś z filmowych superbohaterów, wedrę się do wrogich obiektów i dokonam rozpoznania.

Gdy skończyliśmy, było już ciemno. W drodze do samochodu dogonił mnie Janek.

- Słuchaj, ty tak naprawdę? – Wyraźnie czuł się niezręcznie.

Popatrzyłem na jego łysą czaszkę podświetloną nikłym światłem wydobywającym się z namiotu.

- Sam nie wiem. Tamtym się tak wydaje, ale… To tak, jakby kazali ci twoim czołgiem przejechać przez zupełnie nieznany teren, bagna, pustynię, góry. Bez GPS-u, bez map, nie wiedząc kto wróg, kto przyjaciel. Ale będę o tobie pamiętał. – Klepnąłem go w ramię i zapakowałem się do terenówki.

Piwo podziałało. Myśląc o dzisiejszym dniu układałam sobie co i gdzie mam zrobić, przypominałem twarze, miejsca i przedmioty.

 Przymknąłem okno i po cichu podreptałem do sypialni. Żona pochrapywała cichutko wtulona w moją poduszkę. Dotknąłem jej ramienia i posunąłem, po czym wcisnąłem się pod lekką kołdrę. Jasiek na ramię, kilka głębokich oddechów i byłem gotowy do wejścia w sen – nie-sen.

 

***

Zasnąłem z muzyką Grechuty, sączącą się z okna sąsiadów. Najpierw nic, jakieś obrazy podskakujące pod powiekami, dziwne rozmytymi kolorami, jakby wyobraźni zabrakło jawy. Potem błysnęły czerwienie, głębsze od burgunda, dalsze od krwi prześwitującej przez prześwietlone mocnym słońcem dłoni, pokreślone ognistym pomarańczem i smolistą czernią kontrastu. Ach, jakie piękne! Zanurzony w zachwycie mało nie zapomniałem o tym, co mam uczynić. Wbite głęboko w zakamarkach pamięci instrukcje w końcu przebiły się i przejęły kontrolę nad obrazem. Z wielkim żalem odlatywałem od najpiękniejszego z pięknych pokazów obiecując sobie, że na koniec powrócę. Już byłem w koszarach, zgodnie z moją instrukcją obite metaliczną siatką drzwi były otwarte, a na jaskrawie oświetlonym łóżku leżało przypięte ciało. Obok, na obrotowym krześle drzemał człowiek w niebieskim, lekarskim kitlu. Zerknąłem na jego sen: kłócił się z rudowłosą kobietą, która co rusz zmieniała się w bezkształtnego potwora. Zapewne żonka musiała doktorkowi dawać nieźle popalić. Trzeba było z tym skończyć.

Do tej pory byłem obserwatorem unikającym wchodzenia w cudze obrazy. Lecz teraz… wślizgnąłem się przed obraz niewiasty chroniąc ją przed ciosem ręki uzbrojonej w wazon. Zmaterializowałem swoją twarz i szepnąłem:

- Budzisz się. Włącz nagrywanie! – I błyskawicznie wyskoczyłem z jego umysłu. Cóż stać może się, gdyby został w nim, gdy wróciłaby świadomość? Tego nie wiedziałem i nie chciałem wiedzieć.

Medyk poderwał się na równe nogi z krzykiem, potem aż przysiadł ciężko dysząc. Chwilkę trwało, zanim uspokoił się, po czym zaczął sprawdzać odczyty na kilku ekranach. Wreszcie niepewnie spojrzał ku sufitowi, jakby spodziewał się mnie tam i głośno powiedział:

- Włączam nagrywanie.

Światło widzialne, podczerwień, pasmo dźwięków słyszalnych i ultradźwięków – wszystko to od chwili obecnej było zapisywane. Pojawiłem się w swoim nie-śnie tuż przed obiektywem kamery, ale czy coś dała radę zarejestrować? Z wahaniem spojrzałem na śpiącego pilota, potem skupiłem się starając się odszukać obrazy jego snu.

Najpierw pojawiły się plamy, ale nie takie jak w chwili, gdy zasypiałem. Szarawe, rozmazane. Najbliższym prawdy słowem będzie: bolesne. Nie fizycznego, ale duchowego cierpienia. Szybko przemykały, nie dając szansy na schwytanie. Gdzieś z realnego świata dobiegło mnie ciche przekleństwo – zapewne doktorka.

Moje serce zakołatało szybciej wyczuwając niebezpieczeństwo, lecz nie przerywałem. Nagle rozmyte obrazy znikły ustępując bezkresnej czerni połyskującej światłem, takiej jak może wyglądać odległy kosmos. Wpłynąłem ostrożnie rozglądając się uważnie, by wypatrzeć innych obserwatorów. Coś, czy ktoś znajdował się, ale zapewne w innym obszarze i nie potrafiłem określić ani kierunku ani odległości, ani oczywiście czasu. Wybrałem jaśniejszą od innych plamę światła i pomknąłem ku jej skrajowi, po czym zajrzałem do środka. Jeden z pod-snów Rosjanina toczył się w wielkim, oświetlonym hangarze, gdzie stały pomalowane w maskujące łaty maszyny. Lotnik  posuwał się wzdłuż kadłuba przeciągając po nim dłonią, zaglądając w zakamarki płatowca. Wokoło dudniła wojskowa muzyka, pompująca sen agresją. Człowiek znalazł się w kabinie, słyszałem jak rozmawiał z kimś innym, możliwe że wieżą kontrolną. Pod-sen zadrgał nagłym strachem, gdy przebiły się wspomnienia powietrznej walki i pościgu. Lęk aż dudnił, zwłaszcza, gdy (byliśmy już w powietrzu) na kokpicie zaczerwieniły się ostrzegawcze lampki. Zdałem sobie sprawę, że pilot śni to kolejny raz, bo widziałem inną częścią swego nie-snu kolejne jego pod-sny, gdzie to ginął, to unikał śmierci. Teraz chciał wygrać za wszelką cenę: gdy lampki ponownie zabłysły krwistą czerwienią, jego maszyna niespodziewanie się zmieniła w niepodobny do pisania obiekt, który zatrzymał się, przepuszczając goniący go polski samolot, po czym rzucił się za Migiem.

- Pomogi, pomogi! – krzyczał pilot w swoim śnie, który wypełnił całą jego śniącą jaźń, a ja poczułem nie-śpiącego w pobliżu. Za późno na ucieczkę!

Większość Polaków obawia się zagrożenia rosyjskiego, mając w pamięci okrucieństwa sprzed wieków i z niedawnych lat. Kiedyś też się bałem, lecz później przekułem te lęki w agresywną, zawziętą siłę ducha.

I teraz tamten uderzył w mój nie-sen podmuchem strachu, który pchnął mnie do przodu. Znalazłem się obok tego czegoś w czym był sowiecki lotnik i własną nienawiścią wyrzuciłem go na zewnątrz, ratując polskiego pilota. W ułamku myśli wdarłem się do środka jego wnętrza, do samych najprymitywniejszych jąder podświadomości i  rozszarpałem je, po czym wyrwałem na zewnątrz szukając tego nie-śpiącego.

Znów czarny, czarniejszy od sadzy opar otaczał nie-sen porywacza, który na mignięcie zawahał się widząc moją akcję. Odruchowo wystrzeliłem na zewnątrz snu pilota przemykając między snami setek ludzi śpiących w rosyjskich koszarach i wokół nich. Lecz on mnie po prostu wessał z powrotem, mocą swej czarnej nienawiści. I tak znalazłem się wewnątrz nie-snu porywacza, w najgorszej otchłani, której nawet dusza nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ale i tu doleciał mnie przerażający krzyk mojego małego synka, w którego nie-śpiący wtargnął. Okrzyk strachu uratował mnie od zupełnej anihilacji, od wyssania. To było jak zapalnik inicjujący eksplozję ładunków, które ściskają półkule uranowe w nuklearnej bombie. Mój nie-sen błysnął jak słońce rozrywając porywacza i przerażając obserwatorów, którzy jak zwykle przyglądali się takiej konfrontacji. Matko! Cóż za niepojęta moc. Znów byłem wolny! Mój nie-sen uśmiechnął się pełen złości – już byłem nad ziemią wroga, gdzie tysiące ludzi śniły swoje trwożliwe mary. Przez moment przyglądałem się im, wybierając  swoje cele, potem uderzyłem napełniając ich sny niewyobrażalnym lękiem, dławiąc oddech i przyśpieszając serce do zabójczego galopu. Nie wiem, ile zawałów serca, ile wlewów krwi, ile obłędów tam zaniosłem, lecz naczalstwo wrogiej armii było rozbite.

Przez dłuższą chwilę wisiałem nad Zoną, dysząc wciąż agresją, przerażając ewentualnych obserwatorów. Potem wolno wróciłem do koszar, nad łóżko śpiącego pilota. Pomieszczenie zapełniło się ludźmi, którzy cicho ze sobą rozmawiali wpatrując się to w pilota, to w ekrany monitorów. Rosjanin nie śnił, jego umysł był pusty, odarty ze wspomnień, wszelkich uczuć.

Gdyby nie-sen potrafił, to by zapłakał. Może to moje sumienie, które wcisnęło się niespodziewanie? „Musisz to naprawić” – usłyszałem swój wewnętrzny głos i zgodziłem się z nim. Poczęło mnie ogarniać zmęczenie przechodzące w imperatyw przeżycia. Trzeba było wracać do śpiącego ciała.

 

***

Obudziło mnie irytujące buczenie i silne światło drażniące źrenice. Ktoś unosił jedną z moich powiek i świecił mi prosto w oczy. Odruchowo zamrugałem i skrzywiłem się. Do uszu doleciał wysoki, podniecony głos, wyrażający radość. Otworzyłem oczy i natychmiast je zamknąłem, a fala zmęczenia zalała moja jaźń. Znów rozległ się głos, tym razem znajomy, który zmusił mnie do wykrzesania wszystkich sił. Kto to był? Otworzyłem oczy, na szczęście było znacznie ciemniej. Ciepło na policzku, ktoś przesuwa moją głowę, rozmazana sylwetka przed oczami. Z trudem mrugam by usunąć łzy: nadal nie widzę dobrze, lecz to kobieta, usta szybko poruszają się, lecz nie potrafię zrozumieć jej słów. Ona widzi, że nie rozumiem, więc mówi wolniej, a ja słyszę swoje imię. A tak, tak właśnie się nazywam. Próbuję się uśmiechnąć, choć niewiele ponad lekki grymas ust pokazuje się żonie. Tak, to moja żona. Co ona tu robi i gdzie ja jestem? Obok pojawia się twarz mężczyzny, gdyż rozpoznaję wąsy i okulary. Ten także coś mówi i choć go nie rozumiem, to ton głosu jest uspokajający. To dobrze. Mogę odpocząć, mogę zasnąć, mogę znowu wejść w nie-sen.

Wydaje mi się, że czuję lekki ból w przedramieniu i senność pomału ustępuje. Ponownie otwieram ślepia skupiając się na ścianie, jednocześnie zaczynam mocniej oddychać. Wysuszone gardło pali, a żołądek odzywa się bolesnym skurczem. Chcę coś powiedzieć, lecz me struny głosowe ledwie drżą. Zerkam na żonę, która odsuwa się, przepuszczając czarną twarz otoczoną szpitalną zielenią. Chciałbym zaprotestować – wilgoć pojawia się na mych wargach, przechodzi o dziąsłach, ociera się o podniebienie i język. Oddycham z ulgą, a moja żona powraca. Napinam mięśnie twarzy i wreszcie coś na kształt uśmiechu pokrywa moją facjatę. Wokoło rozlegają się podekscytowane głosy, pełne radości. Jestem bezpieczny, lecz gdzie się znajduję? To nie dom, nie łóżko, do którego się kładłem. Pomału zaczynają wracać wspomnienia. Zamykam oczy, by lepiej widzieć wymieszane strzępy snu i zapamiętanej jawy. Była wojna? Chyba jednak nie. Coś mi się naprawdę uroiło. Czyżby to był psychiatryk?

Ktoś szarpie mnie za rękę, więc otwieram oczy. Mężczyzna w wojskowym uniformie coś do mnie mówi. Angielski? Zbieram siły i poruszam ręką, następnie kilkakrotnie przełykam.

- Pić – Szepcę. Wracam do życia.

***

Wachmistrz Scheppke walczył ze zmęczeniem, które coraz mocniej ściskało jego mózg. Nawet nie chciało mu się zerkać na wiszący zegar, który cierpliwie przesuwał wskazówki od nie wiadomo ilu godzin. Tym bardziej, że na niewielkiej kozetce spał Grubber, przykryty gazetą, poświstujący przez nierówne zęby.

Kiwnął energicznie głową, odsuwając czającą się drzemkę poza zasięg wzroku. Podkręcił naftową lampę doświetlającą pokryte stertą papierów i książek solidne, elbląskie biurko. Zdecydowaną większość papierzysk i książek, starych gazet i policyjnych raportów już przeczytali, to co trzeba było Grubber przetłumaczył z łaciny. Przekrwione oczy wachmistrza spojrzały na niewielki stosik po prawej, gdzie leżały wszystkie dokumenty, które zawierały fragmenty sugerujące… No właśnie co? Palce policjanta poczęły postukiwać o kartki obłożonego w świńską skórę brulionu.  Tu wszystko było wpisane. Ale jak to powiązać? Czy jest tu jakiś klucz, który pozwoli rzucić światło na ponurą sprawę tygrysa? Oraz innych zdarzeń do tej pory niewyjaśnionych, które jak okazało się, zdarzyły się w różnych miejscach Prus. A jeżeli ten klucz jest, to gdzie się znajduje?  Dlaczego nie może go odszukać?

Myśli Ottona pogoniły, a bezwładna głowa opadła na piersi. Zmordowane ciało nie było mu potrzebne, by poszukiwać prawdy. Zamknięte oczy wyobraźni  przywołały scenę spotkania Hermanna z bestią, jego serce załomotało w przerażeniu, tak jakby to on sam był trzymany przez rwące ciało pazury. Zaczął dusić się strachem, lecz nagle to wszystko odeszło – przemożna siła oderwała go i uniosła w powietrze. Obrócił się wewnątrz samego siebie i dostrzegł, raczej wydało mu się, że widzi rozmytą postać ludzką. Jak to możliwe, że on, trzeźwo myślący policjant unosił się i coś takiego widział? Machnął ręką, by odgonić sen, bo gdzieś w mózgu zakołatało, że musiał zasnąć, zamiast pracować nad zagadką. Lecz owa mglista postać wyemanowała w jego stronę falę ciepła i Scheppke poczuł się bezpieczny, jak w domu, na kolanach ojca. Usłyszał w swojej głowie głos: mężczyzny średniego wieku, pewnego swojej wiedzy, mającego wiele do powiedzenia.

- Nie rozumiem – wykrzyknął.

Postać na moment skurczyła się, potem dosłownie poczuł całym sobą odpowiedź. Ten ktoś go znalazł, on, Scheppke, był bardzo ważny, bo posiadał klucz do… przyszłości. Postać zbliżyła się i objęła wachmistrza i razem przenieśli się daleko, ale nie! Z wysokości widział połyskujące wody, znał przecież tę linię wybrzeża. Frisches Haff, wieże Frauenbergu, łodzie… Coś jednak nie zgadzało się. Czując pragnienie Ottona postać obniżyła lot. Te łodzie były białe, miały kabiny i rozebranych, wesołych ludzi na pokładzie, nie znużonych ciężką pracą wioślarzy. I bandery – nie cesarskie, ale dwukolorowe: biało-czerwone.   Miasteczko także wyglądało inaczej: ludzie byli odmiennie ubrani, wszędzie zaś poruszały się dziwaczne, obłe pojazdy, wyraźnie bez napędu. Scheppkemu przeszło przez myśl, że to może jakiś parowóz albo automobil, które już były w Elbingu, ale te dziwne twory były ciche i zupełnie nie dymiły. I napisy na budynkach w obcej mowie, a przecież to było doskonale znane miasto. Postać przesłała kolejną serię obrazów, które zdumiały policjanta. Znalazł się w przyszłości, w innym państwie, w kraju ludzi wyglądających na szczęśliwych. A gdzie jego Prusy? W odpowiedzi usłyszał o dwóch wojnach, które wkrótce zniszczą ten kraj – miał trzymać się od tego z daleka, by dokonać na starość czegoś ważnego. Jakże to tak? Wojskowe, pruskie wychowanie poczęło wypełniać jego sen wrogością do tego co mu pokazano i przekazano.

Znów ruszyli, byli w Braunsbergu, nad placem, gdzie stawały ekipy cyrkowe. Postać zaczęła zalewać go informacjami i obrazami i nagle zrozumiał.

- Wiem! – Wykrzyknęło radośnie jego ciało. Dostał klucz i przesłanie, by go użyć, choć skutki mogą być bolesne.

- Czy dostanę taką pomoc w innych sprawach? – Zapytał swojego ulotnego znajomego. Postać zawahała się zaskoczona pytaniem.

- Być może. – Zrozumiał odpowiedź. Miał sam rozwiązywać zagadki kryminalne, ale postać miała nawiedzać go i ewentualnie pomagać.

Wszystko wokoło zaczęło się trząść dookoła, zapadła ciemność, poczuł ból w ramionach.

- Scheppke, budź się człowieku! – Doleciało go z zaświatów.

Do oczu dotarło światło, a w raz z nim poczęła wracać świadomość. Dostrzegł rozmazaną twarz De Berge, która coś do niego krzyczała. Spróbował coś wykrztusić z siebie, pokręcił głową i ciężko sapnął.

- Niech pan nie krzyczy – mruknął gniewnie, żałując, że przełożony wyrwał go z rozkoszy snu. – Już wszystko rozumiem.

 

***

- No... nie wiem, czy to przejdzie – wiceminister zaczął trzeć wydatny podbródek. – To, czego pan się domaga, to…, nie wiem, jak to zakwalifikować… Jasne, oddał pan ojczyźnie i światu wielkie usługi, ale to…

- Przepraszam panie ministrze – komisarz Krajewski wykorzystał pauzę – ale jeżeli jest taka potrzeba, to trzeba pomoc. W końcu mamy wielki dług wdzięczności wobec tego… Scheppkego. To on zamknął kanał nie-snu, a przynajmniej go przymknął. Potrzeba będzie z dziesięciu ludzi – informatyków, archiwistów, historyków.

- Ludzie, ja to rozumiem, ale jak to uzasadnić w budżecie? Opozycja zje nas żywcem.

Poruszyłem się na swoim krześle. Kilka par oczu natychmiast przeniosło się na mnie. Generałowie, dwóch wiceministrów, najważniejsi urzędnicy.

- To dla mnie spraw honorowa. – Mruknąłem cicho i podniosłem wzrok. Poza Ludwikiem, z którym się zaprzyjaźniłem, żaden z nich nie rozumiał w pełni z jaką materią ma do czynienia. Wydarzenia grożące wojną skończyły się polityczną i medialną wrzawą, której efekty przypisano naszej i NATO-wskiej dyplomacji. Skończyły się dziwne przypadki i ataki pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Dla mnie skończyło się to ciężką chorobą i długotrwałym zwolnieniem – tak to jest, kiedy rzuca się do szarży z motyką na słońce. W jakiś sposób udało się, przez ten czas wolny od pracy nabrałem dystansu do życia i na nowo poukładałem sprawy. Za trzy dni miałem wrócić do pracy, nad projektem, który wymyśliłem. Stosowne ministerstwo zadeklarowało, że znajdą fundusze. Ale pozostały jeszcze drobne i najważniejsze sprawy – honorowe.

- Dlaczego chce pan wracać do swojej firmy? Zatrudnimy pana, wynagrodzenie będzie wielokrotnie wyższe, dużo wolnego czasu, odpowiedzialność przed ministrem obrony. – Odezwał się łykowaty facet z sarmackim wąsem.

- Muszę mieć dystans do tego, czym się zajmuję. A poza tym, pieniądze nie są ważne. Gdybym poprosił, pewnie zrobilibyście ze mnie generała, lecz ja proszę o to, by komisarz Krajewski poprowadził takie niewielkie biuro. Pozwoli nam to w przeszłości odszukać źródła potencjalnych kryzysów i zapobiec otwieraniu się kanałów nie-snów.

- A może sami spróbujemy oddziaływać poprzez przeszłość na teraźniejszość i przyszłość? – Wiceminister spraw wewnętrznych uśmiechnął się do swojego pomysłu.

- Pan nie wie, o czym mówi, panie ministrze – zgasiłem go ostro. – Ja się na to nie piszę.

Wydął usta i zamilkł obrażony.

- Dobrze, dostaniecie to, o co prosicie.  – Burknął w końcu i zamknął leżącą przed nim teczkę.

Spuściłem oczy, by nie widzieli błysku uśmiechu na mojej twarzy. Po co mają wiedzieć, że od pewnego czasu sam przestawiam świat teraźniejszy i przeszły. I cholernie mi się to podoba.

 

Tomasz Stężała

[1] Elbląg, Królewiec, Braniewo.

[2] Pogrodzie.

[3] Frombork.

[4] Strzelnica golfowa.

[5] Kadyny.

[6] Naczelnik gminy.

[7] Starosta powiatowy.

[8] KbK AK i strzelba gładkolufowa.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Losy Mieczysława Garsztki w100 roczn. jego śmierci