VT iRepair - шаблон joomla Авто

PROWINCJA 11

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dlaczego i komu dałem się namówić na wyjazd na ten zlot lotniczy. Jeśli znacie adoratorów motocykli, którzy gdy tylko znajdą się w swoim gronie zapominają o obowiązkach gospodarzy i gadają o swoich maszynach - to lotnicy są kwadratem cyklistów.

Oczywiście lotnictwo sportowe to sport z klasą, klasą najwyższą. Taki golf w wydaniu arystokracji. Gdzie uszlachetnia się poprzez podkręcenie wyniku lub najnowszą nowość zamontowaną we własnym aeroplanie.

 

Wracając do głównego wątku - w jakiś sposób znalazłem się na lotnisku w Elbingu  w ten ciepły, czerwcowy dzień. Było wczesne popołudnie, rozdygotane nieodległym porykiwaniem gwiazdowych i rzędowych motorów, smrodkiem nafty i smarów, uchwytną wonią drogich perfum i spoconych od nadmiaru emocji ciał mężczyzn i kobiet. Lekka bryza zmiękczała tę kakofonię aromatów, czasami dodając doń zapach podsychającej trawy i lekkie smugi dymu z pobliskich robotniczych ogrodów, które przylegały do części pasa wzlotów.

Zaliczyłem już obowiązkowe zwiedzanie placu przed hangarami, gdzie stały wystawione maszyny, ustawione jak konie w maszynie startowej i gotowe do rzucenia się przed siebie w Royal Ascot. Fakt, jako byłego kolejarza, po części nawet maszynistę, posiadacza własnego automobila silniki zawsze mnie fascynowały. Uległy mocy motorów z nabożeństwem przyglądałem się cylindrom, owiewkom i śmigłom. Raz czy dwa odskoczyłem nerwowo, gdy silnik obok kichnął nerwowo siwym dymem a potem zagrzmiał soczystym basem. Piloci stali w grupkach, opierali się o skrzydła swoich jedno i dwupłatowców wpatrując się w znaczki map, gadając z mechanikami czy napinając podświadomie mięśnie gdy czuli na sobie kobiecy wzrok.

Sobota była drugim ciepłym dniem po długotrwałej mokrej zimnicy pozwalając zrzucić z siebie przeklęte grube palta i rajstopy, pozbyć się swetrów i kapeluszy i wreszcie cieszyć się wolnością dotyku wiatru i słońca.

Od ubiegłego roku zauważyłem także zmianę w kroju lotniczej odzieży. Jednoczęściowe kombinezony, obowiązkowo z kilkoma plamami silnikowej oliwy stały się bardziej dopasowane, lepiej opinały ciała. Oparłem się o skrzydło Bückera udając zainteresowanie jakimś detalem i zerkając na stojącego obok Klemma na którego płacie stała Elly Beinhorn. Z powodu warkotu silników docierały do mnie tylko strzępy słów. Awiatorka nagle zmachała rękoma, oburzona chyba na to, co powiedział jej mechanik, po czym włożyła głowę do kabiny wypinając ku mnie swoje kształtne pośladki. Szarobrązowy kombinezon nie był w stanie ukryć pięknego zaokrąglenia bioder, podkreślanego przez ich energiczne ruchy, gdy ukrytymi w kokpicie dłońmi coś robiła. Rozejrzałem się wokoło i zarumieniłem. Nikt z kręcących się wokoło ludzi nie zwrócił uwagi na Elly ani tym bardziej na mnie, na mój sztubacki rumieniec. Jakże ja mógłbym…

Okrzyk otrzeźwił mnie. Niski, krępy mężczyzna zniecierpliwionym ruchem dłoni kiwał na mnie przyzywająco. Rozejrzałem się, ale w pobliżu nie było nikogo, więc wyprostowawszy się ominąłem płat samolotu i podszedłem. Chyba trochę zmieszał się, gdy spojrzałem na niego z góry, ale zaskakująco niskim głosem grzecznie poprosił o pomoc. Stojący obok przedpotopowy Albatros B I ugrzązł w błocie jednym kołem, a jego kolejka na start była o włos. Skrzywiłem się, moje jasne, nowe letnie ubranie specjalnie poprawione przez znajomego krawca zostanie zrujnowane, ale widok stojących za skrzydłami mężczyzn i kilku pań zdusił w zarodku moje skrupuły. Trudno. Ktoś jeszcze przyskoczył i razem, rozbujawszy aeroplan, wypchnęliśmy go z mazistej pułapki. Awiator odwdzięczył się strumieniem powietrza bijącego zza śmigła, który zrzucił nakrycia głów, potargał fryzury i upstrzył odzież brudnymi plamkami oderwanymi z błotnistej kałuży. Nie zakląłem słysząc parsknięcia śmiechu i widząc rozradowane twarze wokoło. Ktoś podszedł i uścisnął mi dłoń, zaraz potem tęgawy, jowialny jegomość przyjaźnie klepnął mnie w ramię. Fala niewymuszonej radości sięgnęła i do mojego serca, więc stanąłem wśród nich z przyłożoną do czoła dłonią i podążając wzrokiem za staruszkiem Albatrosem, który mozolnie wzbijał się w niebo kopcąc niemiłosiernie ze swojego kominka pilotowi w twarz. W powietrzu było już może z dziesięć maszyn, rozpierzchłych na znacznym obszarze by wzajemnie sobie nie przeszkadzać. Wśród maszyn dostrzegłem i szwedzkiego rodaka i Avię i nie omieszkałem bąknąć o tym dość głośno. Poczułem na sobie uważny wzrok kilku par oczu, ale byłem wtedy twardy i udałem, że pochłonięty jestem powietrznym baletem.

Pierwsze pytania padły zaraz potem, więc począłem cierpliwie wyjaśniać podstawowe lotnicze pojęcia.

- A może zechcecie przelecieć się nad lotniskiem i miastem? - zapytałem grzecznie. Heinie, który mnie tu zaprosił, był szefem całego tego zlotu samolotów i wcisnąć mógł na pokłady dwóch pasażerskich Junkersów F 24 świeżo zapoznanych ludzi. Dwie chichoczące panienki, nastoletni pryszczaty chłopak i w pumpach i dwóch gentelmanów, w tym ten, który mnie zawezwał do pomocy przy samolocie ucieszyło się ogromnie na ów pomysł. Wziąłem owego karzełka, który nazywał się Urlich i był piwowarem z sobą, i poczłapaliśmy  przez nie najlepiej dokoszoną trawę w stronę hangarów,  które dzisiaj wyjątkowo tętniły życiem. Wyjątkowo, gdyż nieszczęsne Niemcy po przegranej wojnie musiały zniszczyć swoją dumę, swoją awiację, w której tak się kochano. Rozpytywany przez imć Urlicha obiecałem sobie w duchu, że po powrocie do domu zgłoszę się na lotnisko i choćby niewiadomo co dokończę lotniczy kurs. Toć to cudowny lek, wręcz panaceum na moja wrodzoną nieśmiałość, lęk przed niewiastami i nabyte starokawalerstwo. Jeżeli owi laicy awiacji tak mnie słuchali, to kimże się stanę w ich oczach, gdy będę sam mógł wznieść się w przestworza?!

Heinie pociągał ostro z butli z piwem, zmęczony i spocony, z rozbieganym wzrokiem starającym się objąć wszystko co się wokoło dzieje.

Pochylił się do mnie i szczerze wyznał, że została mu tylko modlitwa aby ten cały „cyrk” nie spadł mu i gapiom na głowę. Uniosłem brwi zdumiony, a wtedy on wykrzyczał mnie i Urlichowi w twarze, że awiatorzy są chyba pijani, bo mało kto przestrzega procedury i tylko łaska Boska sprawiła, że śmigło nie obcięło jeszcze ręki i żaden człowiek nie został rozjechany przez automobile.

Czując na sobie baczny wzrok piwowara wydąłem pogardliwie wargi.

- No cóż, ludzie spragnieni są szaleństwa. Przecież przez prawie miesiąc kisili się w domach przeklinając deszcz i zimno. Widziałeś ile tu kobiet? Przecież każdy z lotników musi pokazać się, że nie gorszy jest od Richthofena czy Udeta. A jeśli są tu awiatorki, jak panna Beinhorn, to nawet taki osioł, jak ty musi to zrozumieć.

Zamrugał zdumiony i otworzył szeroko usta. Chyba nadmiar piwa sprawił, że jego ostry jak brzytwa umysł nie umiał zareagować na mój protekcjonalny ton i na tego „osła”. Tak naprawdę to się nie przyjaźniliśmy a dobrze jedynie znali. I to Heini był zawsze duszą towarzystwa i jego liderem.

Przełknąłem ślinę zdając sobie sprawę ze swojego zuchwalstwa. Kątem oka uchwyciłem wyraz podziwu na twarzy małego Ulricha i wiedziałem, że wycofać się nie mogę. To była jedna z tych chwil w życiu większości, gdy świadomie bądź pchnięty przez okoliczności z chłopca nagle przeistacza się w mężczyznę.

Przybrałem twarz w marsową minę i oparłem się o stolik. Heini wciąż głupio się na mnie patrzy, podobnie jak ładna, choć zbyt koścista telefonistka i dwóch policjantów siedzących przy sąsiednim stoliku.

- Przerwij natychmiast loty i wezwij do siebie pilotów! - Powiedziałem to z taką pewnością siebie, jakbym był wieloletnim jego szefem.

- No coś ty, nie mogę  przerwać pokazów. - jęknął żałośnie szukając poparcia u policajów. „Ty wiesz, kto jest na lotnisku?”

- A ja nie chcę mieć przyjaciela w więzieniu! - stuknąłem pięścią w stół, aż otwarta butelka piwa przewróciła się.

- Panowie policjanci, proszę natychmiast biec na pole wzlotów i zatrzymać  starty. A panienka niech dzwoni gdzie może, aby piloci zjawili się tu bezzwłocznie. Nooo! - warknąłem groźnie na mundurowych, którzy przestraszeni tonem nieznanego im, acz zapewne niezwykle ważnego jegomościa chwycili swoje śmieszne czapki i wybiegli z hangaru. 

- Heini - powiedziałem tonem już spokojniejszym, prawie łagodnie - weź się w garść. Obmyj się, wywal to piwsko, bo musisz pilotom ostro pogrozić. Powiedz, że odbierzesz im licencję albo położysz areszt na maszynę na cały sezon!

Podniósł się z krzesła, obciągając marynarkę.

- Cholera, nie ma takiej kary jak areszt na samoloty. - mruknął niepewnie.

- A skąd ja mam to wiedzieć. Oni pewnie też tego nie wiedzą a ty jesteś tu panem i władcą. Idź, obmyj się i uczesz. Przecież JA nie będę gadał za ciebie. No, nie mogę - siły mnie nagle opuściły jak powietrze z pękniętej dętki.

Miałem dość, moja przestraszona dusza schowała się w lewej piecie i nie chciała wyjść.

- Tak, on nie może. - usłyszałem nagle z boku baryton małego pana Urlicha. Obaj z Heinim spojrzeliśmy na niego nie mając  pojęcia o co chodzi człowieczkowi.

- Proszę popatrzeć na nasze marynarki! Są całe ochlapane błotem! - wyjaśnił poważnie. Dopiero teraz dostrzegłem ruinę swojego odświętnego stroju i poważnie skinąłem swojemu wybawcy.

Heini wybiegł z pomieszczenia, w którym zostaliśmy sami z chudą telefonistką. Zostało nam tylko milczące rozglądanie się po ścianach zawieszonych obrazkami, dyplomami i nieskończoną ilością karteczek.

- Już nie da rady załatwić tego  samolotu? - Ulrich szeptem przypomniał powód naszej wizyty. Uśmiechnąłem się lekko.

- Niech pani każe czekać pilotom na zewnątrz! - poinstruowałem telefonistkę. Babeczka wybiegła za Heinim a ja udając znudzenie zacząłem przeglądać leżące papiery. Sprawne palce znalazły wreszcie to, co powinno tam leżeć a kopiowy ołówek załatwił resztę.

- Tak - mruknąłem znacząco. - Chodźmy. Śmierdzi tu, nie sądzi pan, panie Ulrichu?

Wyszliśmy przed hangar na ostre słońce, które uniemożliwiło zobaczenie sceny, gdy Heini wrzeszczał na grupkę kobiet i mężczyzn w kombinezonach i pilotkach. Przyłożyłem dłoń do czoła. Część z nich była chyba zaskoczona tą farsą, dwójka lub trójka coś gniewnie mruczała a reszta ironicznie uśmiechała się. Słowa o cofnięciu licencji starły im te głupie uśmieszki z twarzy. Także tym z czerwonymi opaskami na ramionach. Heini wysapał się wreszcie i skinął na pomocnika, który zaczął odczytywać nową listę lotów.

Zza pleców postawnego faceta z opaską wysunęła się Elly a ja poczułem nowy przypływ energii. Starając się nadać swoim krokom swobodny luz podszedłem do Heiniego i protekcjonalnie położyłem mu rękę na ramieniu. Gwałtownie odwrócił się, ale widok moje twarzy zgasił eksplozję.

- Pamiętasz zapewne o Junkersie dla mojego towarzystwa?  - szepnąłem i skinąłem głową w stronę pilotki. Coś mi zaświtało.

- Aha, i bądź tak miły i puść Elly zaraz za Junkersem, aby towarzystwo mogło ją widzieć. Dasz radę? - moje dłonie zacisnęły się na jego ramieniu. Chyba chciał jak dawniej mnie zbesztać, ale rozlany na mojej twarzy uśmieszek rozbroił go. Skinął głową.

Cofnąłem się pod hangar i wydałem instrukcje Ulrichowi, który śmiesznie kiwając się na swoich nóżkach pomknął do amatorów awiacji.  Było trochę awantur i przepychanek, gdy porządkowi wprowadzili „moje” towarzystwo  do samolotu. Pomachałem im, gdy wsiadali i nagle zdałem sobie sprawę, że znowu jestem sam. Cholera. Nawet świetny start Klemma Elly nie był w stanie oddalić chandry. Już wiedziałem co się stanie. Znowu znajdą mnie zapitego w trupa, zarzyganego i brudnego jak świnia. Pogodzony z losem powlokłem się do namiotu, skąd unosiła się woń wurstu . Tam też musiało być piwo. Była też kolejka waniających  potem obywateli, którzy zirytowani przerwą w lotach gromadnie poczuli głód. Przyznam, że czułem znaczne obrzydzenie do cycatych mutti i biegających wszędzie kinderów, które wywijając wurstem obsmarowanym musztardą udawały sołdatów starego Fryca, machając nimi jak szablami. Już, już miałem złożyć zamówienie spoconemu posiadaczowi bokobrodów ala’ Franz Josef gdy czyjaś dłoń zacisnęła się na rękawie mojej marynarki i energicznie nim pociągnęła. Jeden z młodzianków z grupki karłowatego Urlicha wpatrywał się przejęty w moją ściśniętą między kolejkowiczów postać.

- Bardzo prosimy pana szanownego do towarzystwa. Zaraz będą podawać do stołu! - wyrzucił z siebie i odsapnął z ulgą.

- A gdzie Herr Urlich? - ciekawość przyszła szybciej niż przypomniałem sobie o godności. Stałem się w oczach tych ludzi kimś ważnym, zasługującym na pewno na niezwykły szacunek ze względu na moje „możliwości”. A tu taka wpadka. Znaleziony w kolejce dla drobnomieszczan, jak jakiś prostak a nawet więcej - życiowy bankrut. Ale czy takim nie byłem?

- A szuka pana. Rozdzieliliśmy się by pana szanownego znaleźć i podziękować za taką atrakcję!

Nabrałem powietrza, które wypełniając moje arterie uczyniły moją sylwetkę ponownie wyższą i godniejszą. Wysunąłem się z kolejki wręcz z ulgą, niestety nie wzbudzając w stojących za mną poczucia choćby elementarnej wdzięczności, za danie szansy wbicia zębów w wurst o kilka sekund wcześniej.

Lekki wiatr zdmuchiwał ze mnie woń ludzkiego potu i dymu z drzewnego węgla. Zrobiło się teraz ciszej w powietrzu, bo powiewy wiatru dały miejsce startu szybowcom. Mniej lub bardziej obudowane maszyny wyrzucane przemiennie przez gumowe liny bądź stękająca wyciągarkę wylatywały w powietrze w poszukiwaniu nośnej termiki. Wyglądały trochę jak bociany lub żurawie nad pruskimi mokradłami. Było coś niezwykłego w ich trochę niezdarnej lekkości. Chłopak, który miał na imię Robert, doprowadził mnie do rozpiętej na grubych palach żaglowej płachty ulokowanej w rogu lotniska. Zza plecami mieliśmy krzaczowisko, a za nim niewielkie robotnicze domki, jakie wznosiła swoim ludziom fabryka lokomotyw.

Gościnny Ulrich powitał mnie wybiegając z otwartymi ramionami, głośno przedstawiając zebranym. Pod płachtą i obok niej stało kilka białych stolików, składane krzesła i wiklinowe, także białe foteliki i kanapki. Towarzystwo pewnikiem nie zebrało się całe, a do rozpoczęcia konsumpcji czasu było trochę. Przyjąłem z ukłonem wręczony mi aperitif, przywitałem się grzecznie z nieznajomymi i wylewnie ze znajomymi, których odróżniałem po plamkach wysuszonego błota na odzieży.

- Wyjątkowo piękne te szybowce. - rzuciłem dwóm paniom, które ruszyły za mną poza płachtowy daszek by podziwiać awiatorów. Mocna woń perfum zakręciła mi w głowie, więc wystawiłem wiklinowe foteliki i zaprosiłem damy do oglądania. Może to zresztą nie perfumy a głód, który zaczął mi coraz bardziej dokuczać. Sam usiadłem na dwuosobówce po cichu modląc się, by nie odezwało się burczenie.

Zmrużyłem oczy chroniąc je przed słonecznymi promieniami i odchyliwszy głowę kontemplowałem powietrzny balet. Nieco na wschód od nas kilka maszyn Kranich i Weiche trafić musiało na komin i błyskając bielą skrzydeł ustawiły się w spiralę powoli oddalając się od poziomu lotniska. Siedziałem rozparty i rozleniwiony, delektując się ciepłem czerwcowej niedzieli, dochodzącym szczękiem sztućców, cudownym widokiem nad sobą i widokiem na interesującą, a co najważniejsze: darmową wyżerkę i popijawę. Dla przyzwoitości  od czasu do czasu rzucałem komentarz, fachowymi słowy opisując damom to, co działo się nad nami.

Uszy z trudem przepuściły, a na wpół uśpiony mózg ledwie przetworzył pytanie, czy prośbę o miejsce obok. Naświetlone słońcem oczy wyłuskały otoczoną aureolą światła postać kobiety, która zachęcona skinieniem i chyba czymś na kształt zaproszenia delikatnie usiadła. Pojawił się kelner z nowymi kieliszeczkami i przeprosinami, że jeszcze chwilkę poczekać trzeba będzie, gdyż nie wszyscy z ważnych gości się jeszcze pojawili. Panie obok rozchichotały się, a ja musiałem powrócić nieco na ziemię celebrując kieliszeczek. Zerknąłem na siedząca obok nieznajomą. Może zresztą przedstawiła się? Gdybym był malarzem to powiedziałbym, że była nieco  Rubensowska, ale bardzo delikatna. I włosy. Ścięte na dłuższą chłopczycę ale srebrne bądź platynowe, w każdym bądź razie niezwykłe. Pociągnąłem nieco i ponownie oparłem głowę o oparcie kanapki. Najwyższy Kranich zrobił się już malutki a do kolejki dołączył Stamer Lippisch, który choć prymitywny, musiał być dosiadany przez niezłego powietrznego jeźdźca.

- Pan także lata? - usłyszałem obok siebie jej głos.

- Edukuję się proszę pani w lotnictwie. Mam okres przerwy, ale wkrótce mam nadzieję powrócić w przestworza. - odparłem górnolotnie. Skąd mi się taki idiotyzm przypętał? Czyżby to głód i alkohol na pusty żołądek zaczynały tak działać?

Rozkosz lenistwa przegrywała z irytującym brakiem cukru we krwi. Gotów byłem nawet wstać i podejść pod żagiel by pochwycić któryś z kawałków chleba i przykryć go plastrem boczku gdyby nie owa aureola…hm… to coś co emanowało od mojej sąsiadki.

Zza pleców doleciał mnie szum powietrza a nad nami, na wysokości ze trzydziestu metrów przeleciał mały Stamer Lippisch, ciągnący w stronę powietrznego komina. Spod płachty wyszli ciekawscy, nawet kelnerzy i kucharz by przyglądać się walce z wysokością.

- Dociągnie.

- E, da radę.

- Spadnie, mówię wam, że spadnie.

- Biedny chłopiec. - rozlegało się wokół. Szybowiec kiwał się, ale młody pilot dobrze wybrał i wbił się w słup powietrza. Towarzystwa nagrodziło go oklaskami i radosnymi okrzykami.

Odwróciłem się za siebie i daję słowo, że zobaczyłem jego napiętą twarz i przerażone, szeroko otwarte oczy. Musiał chyba wcześniej zanurkować, gdyż pędził z niezwykłą jak na tak prymitywną maszynę prędkością. Moja sąsiadka musiała wyczuć go a może wybuch mojego niepokoju, bo także odwróciła się. Lippisch wciąż zniżał się pędząc wprost na nas, a ja zacząłem wrzeszczeć:

- Ściągaj, ściągaj! - zwracając uwagę towarzystwa na pędzący na nas kolejny szybowiec. W siodle siedział niewielki smarkacz, jakich teraz pełno kręci się przy samolotach, który zapewne przypomniał sobie teraz jak brzmi zapomniana modlitwa do Najwyższego. Gdy przelatywał kilka metrów nad nami wcisnąłem głowę w ramiona i odruchowo objąłem ramionami jej tułów, chroniący się przed nagłym niebezpieczeństwem. Wielki cień przemknął nad głowami z sykiem powietrza. Wokoło rozległy się okrzyki przestrachu, przekleństwa i wyzwiska, których nawet, lepsi bo bogaci używają, gdy wyrwie się ich ze stanu spokoju ducha.

Muszę przyznać, że i ja szpetnie zakląłem po szwedzku, po czym poderwałem się na równe nogi odpychając moją sąsiadkę. Ale stało się. Jej włosy pachniały morzem, czymś co kojarzyło mi się z głębią Bałtyku, z wodorostami. Nie, nie był to zapach pospolity, raczej jak niezwykła mieszanka mistrza perfum zestawiona w twórczym uniesieniu. Były delikatne ale i głębokie, szybko przenikające do tkanek ofiary i zadające jej śmiertelne rany. Najgłębsze wspomnienia, chyba nawet nieprzeżytych wspomnień, delikatne drgania anielskich harf, niezwykłe kolory których oko nie jest w stanie dostrzec. Chwyciłem ją za ramiona i powstrzymałem przed upadkiem po czym nieopatrznie zapadłem spojrzeniem w zielono-stalowych oczach.

- Jest pan tam? - uśmiechnęła się kącikami ust. Nadal stałem trzymając ją za ramiona i wpatrując się w jej twarz. Regularną, spokojną ale jednocześnie zagadkową. Do tej pory nie potrafię sobie przypomnieć co było tym czymś, co czyniło jej rysy unikalnymi. Na pewno była znacznie starsza. To jest ten wiek, gdy kobieta osiąga szczyt swojej urody, gdy nawet pierwsza zmarszczka dodaje jej urody głębi witraża, spokoju i pewności siebie morza. Jeszcze kilka miesięcy i zacznie przekwitać, te wypielęgnowane rysy zaczną pokrywać się siatką coraz głębszych bruzd, których żaden puder nie przykryje.

Wrzask za plecami pozwolił mi otrząsnąć się z czaru i zmusił do odwrócenia się. Moja towarzyszka coś szepnęła przerażonym głosem. Członkowie naszego towarzystwa pędzili w stronę rozbitego szybowca, który śmiesznie skręconym skrzydłem bezradnie wskazywał w niebo. Wkrótce ich podskakujące sylwetki zasłoniły nam strącony z nieboskłonu aparat i młodego Ikara.

Zerknąłem na nią. Stała z rękoma złożonymi do modlitwy i coś szeptała. Pomiędzy rzęsami pojawiła się kropla, która zaczęła powiększać się.

- Niech pani siądzie. - poprosiłem zmieszany jej stanem, jak jaki sztubak. Z kieszeni wysupłałem chusteczkę i podałem ją. Gdy chwyciła ją z przerażeniem stwierdziłem, że jest cała poplamiona. Spetryfikowany wstydem patrzyłem, jak wyciera łzy, rozmazując brud na twarzy.

- Niech pani poczeka. - pochyliłem się nad nią i chwyciłem ją delikatnie za nadgarstek. Zaskoczona poddała się a ja wysupłałem jej z dłoni chusteczkę i czerwieniąc się pokazałem jak jest czysta.

- Czy ja…

Skinąłem głową i zamknąłem oczy. Dziś moje czary działały nie tak, gdyż nie mogłem zapaść się pod ziemię czy zamienić w granitowy głaz.

- Jak panu na imię? - zapytała spokojniejszym, prawie ciepłym głosem.

- Otto, Otto Scheppke. - bąknąłem znowu paląc raka na twarzy.

- Niech pan przyniesie mi w kubeczku wody, zanim oni nie wrócą. - w jej wciąż wilgotnych oczach pojawiły się wesołe skierki.

Wpadłem pod płótno i chwyciłem butelkę wody gazowanej i szklaneczkę. Żaden z kelnerów, ani kucharz mnie nie zauważył. Wciąż stali wpatrzeni w tłum kręcący się koło rozbitego szybowca. Odetchnąłem z ulgą i najdyskretniej jak to możliwe popędziłem do nieznajomej.

Siedziała z lusterkiem w dłoni, na odgłos moich kroków odwróciła się. Teraz dopiero zauważyłem, że pod oczyma miała wręcz klaunowskie plamy. Szybko odbiłem korek i polałem podaną mi czystą, koronkową chusteczkę. Sprawnymi ruchami doprowadziła się do porządku, zabawnie poruszając przy tym ustami.

- Niech pan siądzie, Otto. Co tam słychać z szybowcem?

- Zapewne zaraz się dowiemy, pierwsi już wracają... - wskazałem ruchem głowy - …pani…

Zmieszała się i pokiwała głową.

- Ma pan całkowitą rację. Nie przedstawiłam się. Na imię mam Ulmia.

- O! Nigdy takiego nie słyszałem… - bąknąłem niezbyt grzecznie. Pierwsi „nasi” wracali pod płachtę spędzając leniuchujących kelnerów i kucharza na stanowiska bojowe. Z ich radosnych pohukiwań można było wnosić, że niedoświadczony pilot miał wiele szczęścia. Pomiędzy wracającymi pojawiła się karłowata postać Ulricha, który widząc mnie wyraźnie przyśpieszył i jak kręgielna kula potoczył się  w nasza stronę.

- Miał szczęście, smarkacz jeden, miał szczęście! Jeno potłuczony i nos sobie rozkwasił. Ale maszynkę szlag trafił. - sapał przejęty. - Proszę, proszę do stołu. Pewnie pan bardzo głodny, zresztą my wszyscy. Mam tu zestaw piw z całego kraju, zobaczy pan jakie arcydzieła warzymy. - kiwnął zapraszająco i wykonał zwrot na pięcie.

Podałem pani Ulmi dłoń, którą przyjęła i razem ruszyliśmy w stronę zastawionych stolików. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta wolała prostackie piwo od czerwonego, francuskiego wina, nawet lekko uderzyliśmy się kuflami, rozmawiając ze sobą i z resztą towarzystwa. Był to doskonały wybór, bo kucharz przy aplauzie biesiadników rozsiekał prosiaka prawdziwym pruskim pałaszem, a ja dołożyłem do plam błota kilka błyszczących z tłuszczu. Ktoś wstał i zanucił. Stare ludowe, potem jedna z pań popisała się Offenbachem, ja zaintonowałem marsz lotniczy i wszyscy staliśmy się braćmi i siostrami żyjącymi tym wspaniałym czerwcowym popołudniem. Od czasu do czasu rzucałem spojrzenia na Ulmię, która najwyraźniej także dobrze bawiła się, choć zapewne tak jak i ja trafiła pomiędzy tych ludzi przypadkowo. Pod bielą obrusa jej kolano zderzyło się w pewnej chwili z moim i przerażone odskoczyło. Potem zetknął się mój pantofel z jej bucikiem. Czy przypadkowo? Byłem już nieźle wypity, ale gdy jej kolano ponownie dotknęło mojego opary piwska wyparowały natychmiast. Ulmia dyskutowała z rudowłosą pulchna kobietą przy sąsiednim stoliku. Zamrugałem ze zdumienia, gdy przy rudej dostrzegłem profil Elly Beinhorn, która przekomarzała się z nieznanym mi mężczyzną wyglądającym na pilota. Nasze kolana trwały walecznie przy sobie, aż zacząłem czuć lepkość potu pod materiałem spodni.

Przeprosiłem i z trudem podniosłem się z krzesełka. Starając się z całych sił iść prosto ruszyłem w stronę wychodków, uświadamiając sobie, że nawet w najbardziej cywilizowanym kraju świata, jakim niewątpliwie były Niemcy, był to nadal problem nierozwiązany. Nagły impuls wywołany wyimaginowanym obrazem domku z serduszkiem skierował mnie w krzaki. To było właściwe rozwiązanie. Zawsze w takim momencie nachodziła mnie refleksja nad ostatnio przeżytym fragmentem swojego istnienia, więc drepcząc z powrotem w kierunku płachty gorączkowo zastanawiałem się co zrobić. Jej czar na taką odległość nie działał mocno, więc po prostu mogłem się oddalić po angielsku bez słowa. Z drugie strony jej czar był delikatny i słodki. Była dużo starsza, w każdym bądź razie tak mi się wydawało. Żonata? Wdowa? Nie wyglądała na taką, która mogłaby się w jakiś sposób chcieć wiązać. Nikt z współbiesiadników nie zwracał na nas specjalnej uwagi, zajęci picem i swoimi gadkami pomału dzielili się na grupki, coraz bełkotliwiej gadające o wszystkim i niczym.

Rozejrzałem się wokoło. Mój nieco filozoficzny nastrój wymagał odrobiny samotności, więc przeniosłem wiklinową kanapę jeszcze trochę w bok, obok stojącej półciężarówki. Odbiło mi się, w ustach poczułem ciężki smak  wurstu obtaczanego majerankiem, nogi ugięły się i opadłem ciężko na wiklinę. Z przykrością pomyślałem o jutrzejszym kacu, o konieczności oddania garnituru do prania, i że pewnie jakieś plamy na nim zostaną. Jutro trzeba będzie złapać kuzyna i wreszcie zabrać się za sprawę tych hochsztaplerów.

Dłoń była jedwabiście chłodna ale jednocześnie jej dotyk rozpalił moją skórę na szyi. Zesztywniałem niepewny, przez umysł przebiegły tysiące pytań i wątpliwości. Jedno było pewne. Rozszerzonymi nozdrzami wciągałem ów zapach morza, wodorostów i resztki świadomości zanim zanikły zdążyły wykrzyczeć, że usidliła mnie. Była jak Freya, matka wojowników, która miała nad nimi niezwykłą moc dawania im siły, ale jednocześnie wiązania aż do śmierci.

Rozluźniłem mięśnie szyi i oparłem głowę o wiklinę poddając się delikatnym ruchom jej dłoni.

- Jest taki młody. - szepnęła w dal do kogoś, choć byłem przekonany, że mówi o mnie. Byliśmy tu tylko we dwoje, reszta biesiadników pijackim wrzaskiem witała kolejny poczęstunek wnoszony przez podchmielonych kelnerów.

- Niech pani usiądzie, pani Ulmio. - poprosiłem nieśmiało. Znów czułem się jak sztubak. Przypomniałem sobie obrazek sprzed lat, gdy byłem na kinderbalu u swojego starszego o pięć lat kuzyna. Miałem wówczas piękne, kręcone loki, których zazdrościły mi wszystkie panienki, które go odwiedziły. Christa, bardzo daleka kuzynka, też tak stała za mną i przeczesywała swoimi palcami moje loki po raz pierwszy burząc we mnie krew. Kuzyn Anders, rzucał na mnie ponure spojrzenia i zresztą potem wbił mi pięść w żołądek wyładowując swoją wściekłość.

Usiadła obok. Przez chwilę patrzyliśmy przed siebie na kołujące ptaki i na ostatnie samoloty podchodzące do lądowania. Zrobiło się chłodniej, na jej przedramieniu zobaczyłem gęsią skórkę. Poderwałem się by zdjąć marynarkę, ale zatrzymała mnie. Otoczyłem ją ramieniem pozwalając oprzeć się jej srebrzystej głowie o moje ramię. Zacząłem zaciągać się zapachem jej włosów, w którym wyczuwałem wątki dymu, delikatnego kobiecego potu i owych niezwykłych perfum.

- Jeśli mogę panią…ciebie zapytać Ulmio… - zacząłem nieśmiało.

- Tak, proszę. - odparła cicho. Nadal czułem lekkie drżenie jej ciała walczącego z zimnem czerwcowego wieczora.

- Co to za perfumy? Przepraszam za bezpośredniość, za niegrzeczność.  - poprawiłem się szybko - Ale są tak niezwykłe.

Uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Przez chwilę tak trwała przyglądając się zmieszaniu na mojej twarzy a potem ponownie oparła głowę na moim ramieniu.

- Ja już taka jestem. Z takimi włosami się urodziłam. A perfum nie używam. Ponoć moje ciało chłonie niektóre zapachy otoczenia i zapach ten utrzymuje się przez długo. - Zadrżała. Otuliłem ją mocniej ramionami. Przez chwilę tak trwaliśmy, gdy zbierałem się na odwagę.

- Może odprowadzę cię do domu? - wyrzuciłem wreszcie. - Tam chyba nie ma co wracać, bo oni są już pijani, a zresztą zaraz służba ich pozabiera stąd.

Znów uniosła głowę i zamknęła oczy. Poczułem jej usta na swoich i straciłem panowanie nad swoimi zmysłami. Tak naprawdę to musiało mnie chyba nieźle trzasnąć to wypite piwsko. Bo przecież nie mogłem unosić się nad polami i dachami domów, trzymając Ulmię przytuloną do mojego ramienia. 

Ocknąłem się sam, w łóżku. Otaczał mnie głęboki półmrok, nie mogłem się zorientować gdzie jestem. Wciągnąłem nosem powietrze i poczułem jej zapach. Dłonią dotknąłem jej gorących pleców. Mruknęła coś przez sen, a ja uspokojony znowu zasnąłem.

Promień światła przebił się przez szczelinę w zasłonach i uderzył w moje powieki. Przekręcając się uderzyłem dłonią w nocny stolik. Ból ostatecznie wybudził mnie. Byłem sam w wysokim pokoju umeblowanym starymi, ciężkimi meblami, ale na pewno cennymi. Ze ściany obok patrzył na mnie mężczyzna w dziwnym ubiorze, o pociągłej twarzy i świdrujących oczach. Wielu malarzy umie sprawić, że wzrok portretowanego podąża za oglądającym. Ale ten tam gapił się na mnie w wyraźną irytacją. Może nawet z wściekłością. Poczułem się dziwnie, zakrywając się prześcieradłem odszukałem swoje ubranie, które ku mojemu zdumieniu było czyste i odprasowane. Stanąwszy za szafą ubrałem się pośpiesznie i wciąż czując niepokój wyszedłem z sypialni. W całym mieszkaniu czuć było zapach stęchlizny przemieszany z lekką nutką czegoś ciężkiego ale nie orientalnego. Zapach ten zmusił mnie do zatrzymania się obok wielkiego stołu i gorączkowego grzebania w pamięci. Nie był mi obcy ale skąd go znałem?

Na odgłos kroków odwróciłem się gwałtownie. Młody mężczyzna o śródziemnomorskich rysach był równie zaskoczony moim widokiem. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, obaj zmieszani. Wreszcie zapytał, czy życzę sobie śniadanie. Nie, pani nie było i nie mówiła kiedy wróci.

Zdałem sobie sprawę z suchości w gardle, z bólu głowy i nieposkromionego głodu. Tak, śniadanie byłoby wspaniałe. Gestem zaprosił mnie bym usiadł, bezszelestnie nakrył stół po czym zniknął za ciężkimi storami. Z nudów zacząłem rozglądać się po pokoju. Ten sam ciężki, mieszczański wystrój, co w sypialni. Za oknem spostrzegłem dachy i kominy, a w dali smukłą wieżę kościoła. Na dworze było pochmurno i nie potrafiłem rozpoznać do którego z licznych kościołów należała.

Brzęk porcelany na barowym wózku wyrwał mnie z zadumy. Ach, kawa! Jajeczko po wiedeńsku, świeże białe pieczywo i prawdziwe wiejskie masło. Nikt mi nie przeszkadzał, więc rzuciłem się na jedzenie i solidnie wypchałem żołądek. Zrobiło mi się ciepło, potem sennie.

Teraz muszę przyznać, że straciłem w tamtym momencie pamięć. To znaczy jestem pewien, że pojawił się ów młody lokaj, jakaś kobieta w fartuchu wyglądająca na kucharkę. Stali nade mną ( więc musiałem leżeć, ale dlaczego?) o coś się zawzięcie kłócili. W następnym obrazie pojawiła się Ulmia. Także pochylona, patrząca uważnie na moje kataleptyczne ciało. Tamta dwójka coś do niej mówiła, Ulmia przytakiwała bądź kręciła głową. Na koniec powiedziała coś kategorycznym głosem, z czego ja zrozumiałem tylko „nie”. Zostaliśmy sami, a ona palcami rozczesywała moje włosy.

Na Heiniego wpadłem trzy dni później, tuż przed wyjazdem z Elbinga. Zaprosił mnie na kawę do małej restauracyjki koło dworca kolejowego. Ewidentnie miałem u niego dług wdzięczności za to lotnisko. Długo gadał jak to nadprezydent miasta nie mógł się go nachwalić przed rajcami i urzędnikami. Potem zapytał, dlaczego z nikim się nie bawiłem i czemu tak szybko poszedłem. Kilka dam chciało zawrzeć ze mną znajomość, ale odstręczyła je moja dziwna mina, nieobecność duchem i to, że gadałem do siebie. I dlaczego nie pozwoliłem usiąść obok siebie na wolnym miejscu?

Coś tam wyburczałem w odpowiedzi i udając pośpiech wyszedłem z restauracji. Dzień był piękny, dobry do latania.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

WOJNA BOGÓW - W gronie najlepszych książek 2018 r