VT iRepair - шаблон joomla Авто

Pod koniec ubiegłego roku otrzymałem od autora znacznej wielkości prezent: jego najnowszą książkę, która jest pewnego rodzaju podsumowaniem naukowej fascynacji Afryką, a dokładnie Kongiem. A ponieważ jest to zebranie wcześniejszych materiałów (krótkie recenzje innych książek na mojej stronie), więc dzieło jest imponujące treścią (blisko 1000 stron) oraz pięknie wydane (sztywne okładki).

Dzięki Edwardowi Jaremczukowi sporo dowiedziałem się o zawiłej i generalnie smutnej historii tego olbrzymiego kraju, dla którego jego przeogromne bogactwa naturalne stały się przekleństwem.  To one skłoniły Belgów (z powstałego niewiele wcześniej niepodległego państwa) do wyruszenia w niedostępne tereny równikowej Afryki by skolonizować tamtejsze plemiona i zbudować gigantyczną kolonię. Ich król (niemieckiego pochodzenia) Leopold II, szybko uczynił z tej ziemi swoja prywatną własność (Wolne Państwo Kongo), gdzie w nieludzki i barbarzyński sposób wykorzystywano ludzi do niewolniczej pracy (za drobne przewinienia obcinano dłonie, zabijano, niszczono całe wioski i obszary) by wzbogacić chciwego króla, który i tak zbankrutował. Do tej pory, Belgowie nie pokajali się za ludobójstwo setek tysięcy (a może i milionów), dając przykład jak traktować miejscowych Anglikom, Turkom, Rosjanom, Niemcom i innym cywilizowanym barbarzyńcom.

 

Pierwsza część książki poświęcona czasom kolonialnym jest ponura, choć niezwykle pouczająca, wzbudzająca empatię kogoś, kto pochodzi z narodu, który w tym samym czasie, co Kongijczycy przechodził dość podobne koleje losu.

Część druga to czasy niepodległości, od 1960-tego do 2018 roku. Demokratyczna Republika Konga wybiła się na niepodległość dość niespodziewanie dla wszystkich, na fali wolnościowej, która zmiotła większość kolonii afrykańskich (i nie tylko). W tym czasie wybija się kilka postaci, które odcisnęły piętno na późniejszych dziejach tego kraju: Lumumba, Kasavubu, Czombe i Mobutu, którzy szybko przejęli rolę „demokratycznych władców” a nawet jak Mobutu – satrapów.

W trzeciej części (2018 – obecnie) autor omawia powstawanie demokracji i perspektywy dla kraju.

Kongo to różniące się między sobą prowincje i plemiona, dawne sympatie i nienawiści, ogromne bogactwa i niezmierzona bieda, walka wielkich koncernów i nacji o uzyskanie wpływów. Mimo swojego ogromu Kongo było rozdzierane wojnami wewnętrznymi i zewnętrznymi, gdzie znaczne mniejsze państwa, jak Burundi czy Rwanda wydzierały sobie znaczne połacie tego kraju i jego bogactwa. Obalenie Mobutu przez Kabilów (ojca i syna) pchnęły kraj w objęcia kulawego marksizmu i kolejne nieszczęścia. I jeżeli dzisiaj pojawia się w mediach nazwa Kongo, to najczęściej dotyczy ona kolejnego przewrotu czy jakiejś rzezi, a często wybuchu epidemii (ebola -2021). Przebogaty kraj (jak Rosja), którego mieszkańcy nie mogą się cieszyć wolnością i dobrobytem. A i odwiedzenie DRK nie jest zbyt bezpieczne dla Europejczyka.

Wbrew obawom (bo to praca naukowa) dobrze czytało mi się książkę Jaremczuka. Przyjazny język, masa faktów i wreszcie bardzo ciekawy kraj, z którym Polska potencjalnie mogłaby robić dobre interesy. Ale nie robi i nie tylko z powodu miejscowej sytuacji, ale gnuśności i braku horyzontów własnej polityki zagranicznej. Dla czytelnika, który nie interesuje się bardziej Afryką, pewnym utrudnieniem będzie znaczna ilość przypisów (co jest „wadą” prac naukowych) oraz nie za wiele zdjęć osób i miejsc (co autor tłumaczy trudnością w pozyskaniu praw własności intelektualnej). Ale bez problemu przeczytałem to pouczające dzieło, które polecam także nie tylko specjalistom od spraw afrykańskich.

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież